26 kwietnia 2013

Do poczytania: Śniadanie

Notka do czytania przed weekendem, szczególnie tym długim, który dla niektórych zaczyna się już dziś, a dla innych za trzy dni. Pochodzi z bloga tylkospokojnie.wordpress.com, którego Autorka, jedna ze współtwórczyń antologii, otrzymała nagrodę w konkursie Blog Roku 2012 za najlepszy blog w kategorii "Literackie i kulturalne".

Weekend momentem prawdy dla każdej rodziny. Wszyscy jesteśmy w domu. I nigdzie się nie wybieramy. Myślę z niepokojem. Jak to będzie. I jak to będzie fajnie. Marzy mi się śniadanie, co by je Słowacki potraktował jak opis przyrody.

Cały tydzień śniadań się razem nie je, to teraz takie jakby wyczekane. Tylko, że, w zasadzie, rzecz podrzędnie nadrzędna, kto powinien je zrobić? I dlaczego, rzecz nadrzędnie podrzędna, nikt się do tego nie pali? Nie pali się. Ogień w kominie. Nikt się pcha do lodówki. Nie ma komu ułożyć serwetki i podać serwis do herbaty. Ene due rike fake i morele baks. Wstaję

Stoję w piżamie, a przede mną góra naczyń z wczoraj. Niby sobota a jednak jakby wtorek. Nagle. Ręce mi się przyspawały zaplątały. Nie potrafię ich wyciągnąć. Nie potrafię nimi ani westchnąć ani machnąć. Że co tam.

Pragnę śniadania. Pali mnie hamsunowy głód. Głód ostateczny. Ale nie mogę się zmusić, żeby zacząć. Nie mogę.

A może. Zamiast tego.

Pojedziemy do Ikei. Dawno mieliśmy.

Jedziemy. Jest fajnie. Normalnie czerwone zielone. Mijamy skrzyżowania, na których moglibyśmy skręcić. W las. Wygrzebać spod śniegu pożywienie i nakarmić się wzajemnie. Drogi podrzędne nadrzędne, na których, moglibyśmy zawrócić. I jeszcze raz spróbować. Zjeść wspólne śniadanie. Najważniejszy posiłek dnia. Bez którego. Nic dobrego. Tik tak. Tyka tykająca bomba. Kochanie śniadanie. Ja nie płaczę. Ja po prostu jestem głodna. Przecież zjadłam kanapkę? Nic nie zjadłam. To co jem, mnie nie nakarmia. Jakbym jadła papier z solą.


Na parkingu w Jankach setki głodnych rodzin. Setki pustych żołądków. W kolejce po szwedzkie kulki. Z kartą rodzina Ikei. Przyjeżdżamy głodni, wyjeżdżamy głodni. Trochę się najedliśmy szwedzkich półek, ale oddaliliśmy się jeszcze dalej od swoich mężów i dzieci, na które krzyczymy. Jest nam jeszcze zimniej. Kupujemy kołdrę. Jest nam jeszcze głodniej. Kupujemy talerz. Gubimy dzieci w magazynie samoobsługowym. One gubią nas. Tak to jest jak się nie je śniadań.

1 komentarz:

  1. U nas tam nie ma z tym problemu, uzupełniamy się w weekendy z Mamą Sz. dokumentnie. Przeważnie ja wstaję pierwszy (jak mi tylko na plecach wyląduje nasze trzy i pól letnie dziecię), więc potem od razu już się człowiekowi odechciewa, więc wstaje, mimochodem włączy czajnik (czyt. na gazie postawi ;) ), co by herbatę zrobić, jakoś gdzieś w okolicach tego czasu do sklepu po pieczywo i kanapki... Albo jajecznica. Albo jajka. Albo w ogóle cośkolwiek innego, na spokojnie, bez pośpiechu. Weekendy są fajne; Szymon śpi zwykle dłużej - wstaje koło siódmej...

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.