25 kwietnia 2013

Do poczytania: Poranek

Bardzo lubię czytać o porankach opisywanych przez matki. Tyle się dzieje między 6.00 a 8.00 rano! Są takie dni, gdy o 8.30 jestem już wrakiem człowieka, po dzikiej porannej awanturze na miarę ataku terrorystycznego, po negocjacjach i ugodzie, dziecko jest zasmarkane i całe w czerwonym plamach na obliczu, mnie boli gardło, serce krwawi (bo nie tak miało być! nie tak!) i oczywiście jesteśmy spóźnieni. 

Ktoś, kto wynajdzie uniwersalny sposób na sympatyczny poranek, jakąś pigułkę zgody, uśmiechu i zadowolenia w porze, gdy impulsy na synapsach dopiero czołgają się po omacku, zdobędzie fortunę.

Darujcie przydługi wstęp. Już oddaję głos Agacie, autorce bloga agatopis.blogspot.com.

Bardzo się staram, żeby nasze poranki były miłe. W ogóle się staram cały czas, żeby zawsze było miło (pfff), ale rano jest szczególnie trudno, bo się spieszę, przecież. Wstaję jak sprężynka o 6.05, gdy tylko skończę czytać  i liczyć raport ze sprzedaży z dnia poprzedniego (nic tak nie budzi mózgu jak dodanie w pamięci kilku parocyfrowych liczb tuż po dźwięku budzika). Staram się tak ogarnąć poranek i siebie, żeby mieć czas na przytulanki, buziaczki, marudzenie, śniadanie, wybieranie bluzeczki, wybieranie pluszaka do przedszkola i obgadanie planów popołudniowych. Ale czasem wymiękam i myślę, że nawet pobudka o 4.30 by mnie nie uratowała. Są takie poranki (jak dziś), gdy Dziecko trzeba ubrać, bo jest zbyt zmęczone, umyć mu zęby, bo mu się nie chce samemu, gdy łyżka podana do jogurtu jest "średnia", a ma być mała. Dziecko samo do szuflady nie może trafić, bo zapomniało w której trzymamy łyżki. Następnie Dziecko się obraża, gdyż śmiałam zjeść swoje śniadanie podczas, gdy on szukał łyżki w odpowiednim rozmiarze. Potem Dziecko płacze bez powodu, a przyciśnięte zeznaje, że w przedszkolu na angielskim tak mu namieszali w głowie (brainwashing przerabiali, czy co?). Potem Dziecko już udobruchane z zainteresowaniem studiuje mechanizm mojego kubka z kawą. W końcu odkrywa z radością, jak działa spust otwierający i natychmiast łyka spory łyk kawy. Na szczęście nie gorącej. Ale i tak opluwa: stół i podłogę, starannie wybraną bluzkę z Bartmanem (tak, jest coś takiego!!), swoje buty oraz pierwszy w życiu obrazek Dziecka, który planowałam zachować ku pamięci, przedstawiający mnie z moim pomarańczowym monster truckiem. Potem zaczynamy kolejną rundę wybierania bluzki. Dziecko się obraża ponownie, gdyż nie wytrzymałam i powiedziałam "muszę wyjść na chwilę odpocząć od twoich humorów, bo zaraz nie wytrzymam". Dziecko odbiera to niezwykle osobiście (i słusznie) i wybucha płaczem. Następnie ubieram Dziecko w buty i kurtkę i jestem przesłuchiwana czy Gutek dziś będzie w przedszkolu i jakie są dziś zajęcia. Kurcze, sporo ogarniam, ale tego rozkładu zajęć za chiny ludowe nie mogę się nauczyć. Strzelam, że rytmika. Dziecko w łzy, bo akurat dziś nienawidzi rytmiki, bo jak jest zabawa w słup soli to nie wolno się ruszać.
Wychodzimy. W windzie wciskam Dziecku ajfona bo chcę szybciutko wyrzucić śmieci do 4 różnych śmietników (nie zapominajmy o planecie, chociaż ona się akurat nigdzie nie spieszy .... ). Wsiadamy do samochodu. I wtedy dociera do mnie, że nie wzięłam, zapomniałam, a w zasadzie dopiero teraz pomyślałam, że trzeba by dostarczyć do przedszkola spodnie ocieplane, bo jak on w tych cieniznach pójdzie na dwór? Więc wypinam Dziecko, pędzimy na górę, szybciutko jak Sonic, wpadamy do domu, pobieram portki. Dwa Soniki biją rekrody i już jesteśmy z powrotem w samochodzie. Wtedy Dziecko mówi "a gdzie mój Igor?" (przytulanka lemur). Kurde, nie wzięliśmy. Dziecko, nie mamy czasu, dziś wszystko tak długo trwało. Dziecko ma łzy w oczach, chyba pierwsze prawdziwe tego poranka - "muszę mieć swoją przytulankę na leżakowanie". Ok. Głęboki oddech. Wracamy. Dziecko się uspokaja i mówi "Uwielbiam cię". To by w zasadzie wystarczyło jako rekompensata za straty moralne tego poranka, ale w windzie Dziecko rozwija myśl: "Bo jak ty zapomniałaś czegoś swojego to wracaliśmy, to po moją zapomnianą rzecz też możemy."

Spóźniłam się tylko 10 minut. Postarzałam się o 2 miesiące.

14 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nam z Mamą Sz. jakoś udało się ogarnąć roboczodniowie wstawanie bez spóźnień. Mój budzik dzwoni 5.59, Mamy Sz. 6.00. Szymon (przeważnie) jeszcze śpi. Jakieś dziesięć minut później już ubrany, idę do sklepu widocznego z okien mieszkania po świeże pieczywo, po powrocie śniadanie dla mnie, Mamy Sz. i (jeśli nie wstał) budzenie Szymona. Dla niego mleko z łyżeczką kakao i "coś" na śniadanie, w zależności od jego humorów. W trakcie gdzieś herbata dla nas i tak mija pół godziny, w trakcie której Mama Sz. szykuje się do wyjścia, a ja szykuję mieszkanie do pozostawienia opuszczonym. Gdzieś pomiędzy 6.15 a 6.40 ubieram Szymona, ścielę łóżka i wychodzimy z domu, w czasie pomiędzy 7.10 a 7.20. Czyli że w sumie czasy mamy chyba niezłe, wypracowane. Za to weekend... Budziki wyłączone. Budzi nas tylko tuptanie bosych stópek. Szymon pakuje się do naszego łóżka, z lubością włączam Nick Jr. kupując nam godzinę, niekiedy półtora godziny czasu. Najpóźniej o 7.30 Szymon woła "wstajemy" i... koniec przedłużonego weekendowego spania. Ot, poranki. Ważne, by mieć stały plan. Wtedy można działać półśpiąc na automacie ;).

      Usuń
  2. Uwielbiam tu zaglądać;-) Miłego dnia!

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak, zgadzam sie z Tata Sz, wazne miec plan. U nas wyglada podobnie: budzik o 6:20, wstajemy oboje, dzieci juz zazwyczaj nie spia, tata idzie sie szykowac do lazienki, ja robie dzieciom sniadanie w postaci zabojczo niezdrowych chrupek z zimnym (o zgrozo!) mlekiem z lodowki i robie nam kawe, na nasze sniadanie nie ma czasu. Potem tata ubiera/pomaga ubierac sie dzieciom, ja sie szykuje, ogarniamy dom przed wyjsciem i zwykle ok 7:00 wychodzimy z domu. Sa poranki, kiedy dzieci nie wspolpracuja, ale z wiekiem robi sie coraz lepiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My kupujemy Szymuli płatki Nestle - ostatnio jest na etapie "literek" - przynajmniej są z pełnego ziarna ;). A mleko zawsze na te czterdzieści pięć sekund do mikrofalówki i jest cieplej ;).

      Usuń
    2. z pełnego ziarna? tyle w nich cukru, że już lepiej dać batona lub parę łyżek cukru na śniadanie.
      albo ugotować owsiankę z dodatkiem miodu, 5 minut gotowania, smak lepszy, a zdrowe(byle nie błyskawiczne). można dodać banana, rodzynki, żurawinę, orzechy, rodzynki, czego dusza zapragnie...
      5 minut gotowania mleka wraz z płatkami owsianymi to nic, a jako rodzice powinniście mieć bardziej świadome podejście do tego co je wasze dziecko.

      Usuń
    3. Mamy świadome podejście. Szymon nie je dużo słodyczy (w domu praktycznie w ogóle) więc tyle cukru w płatkach może zjeść ;). Zresztą i tak nie zawsze je płatki, czasem chce po prostu pieczywko z masłem i nic więcej :). Nie martw się, nie zasypujemy dziecka niezdrowym jedzeniem ;).

      Usuń
  4. Ciekawe jak to będzie u nas :)

    OdpowiedzUsuń
  5. aż się tego boję :P nie mowcie nawet ze i pozniej sie nie wyspie tylko bede musiała wstawac przed 6 :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, spokojnie, myślę, że w weekendy smiało możesz liczyć na siódmą rano, więc wiesz, zawsze to godzina więcej ;D

      Usuń
  6. aaa ciekawe jak będzie u mnie, na razie bliźniaki roczniaki, więc wstajemy jak chcemy... dzieci wcześniej niż ja :)
    maa4

    OdpowiedzUsuń
  7. Plan.... plan planem, ale.....ma to do siebie,że czasami idzie nie tak.... Znam to doskonale. u nas tuz, tuż przed wyjściem (najczęściej zimą- spodnie na szelkach, rajtuzy etc) jest"mamooooo kupę"....

    OdpowiedzUsuń
  8. Dokładnie - plan planem, ale ten post raczej nie było o poranku, który przeszedł gładko - zgodnie z planem. Ja też zawsze mam plan: wstaję o 6 i przygotowuję Córkom ubranie, po czym ogarniam się sama (żeby nie było wstydu do ludzi wyjść:)), potem budzę Córkę Młodszą, ubieram; potem budzimy razem Córkę Starszą - robimy sobie przytulanko poranne we trzy, po czym ubieram Córkę Starszą, potem obie siadają na krzesełkach i są czesane, potem do wyjścia...
    ALE: czasem Córka Młodsza obudzi się podczas mojego ogarniania własnej osoby i wówczas plan się sypie, bo ja nie ogarnięta, Młodsza zapłakana (bo mnie musiała wywoływać z łazienki i czekać, a tego to ona nie lubi), a Starszej nie pasuje ubranie, więc krótka wojna o strój, potem awantura o czesanie, bo ciągnę włosiska...
    No czasem po prostu poranek nie idzie zgodnie z planem i już :)
    Zapraszam do siebie :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja kiedyś pokusiłam się o nakręcenie jeden ze scen z typowego poranka ;)
    Tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=n_KOpAK6RLc

    POzdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.