20 marca 2013

Do poczytania: Wyśpię się po śmierci

Dziś notka autorstwa Chudej, czyli moja, opisująca trudny element macierzyńskiej rzeczywistości. Jedno z pierwszych marzeń na liście prawie każdej matki: wyspać się, wyspać się...

Poprzedniej nocy, gdy już-już zapadałam w miękki, puchowy sen, natychmiast wyrywał mnie z niego sceniczny szept prosto w ucho:

- Mamooo, a wiesz, że dostałem od kolegi złociaka? Całkiem za darmo!…
- Mamooo, a Gabrysia powiedziała…
- Mamooo…

Piotruś słabował w dzień i dręczony gorączką uciął sobie ze dwie godzinne drzemki, więc nic dziwnego, że w nocy spać nie mógł.

Rano, jak już doszłam do względnej przytomności i rozruszałam zdrętwiałe ciało (noc spędziłam w imadle, zgniatana z dwóch stron przez dwóch uroczych skądinąd chłopaczków), pomyślałam, że z tym spaniem/niespaniem to przedziwna sprawa jest.

Kiedy byłam dzieckiem, niespanie w nocy wydawało mi się najbardziej atrakcyjną rzeczą na świecie. Czasem w wakacje mama zabierała nas do pracy na nocną zmianę – jaka to była frajda! A sylwester, a wizyty u Cioci w Jaśle, a imprezy rodzinne, gdy goście się zasiedzieli! Byle nie spać, byle nie spać!

Będąc dziewczęciem młodym, średnio urodziwym i mocno egzaltowanym, zdarzało mi się spędzać bezsenne noce na wzdychaniu o podłożu miłosnym i snuciu marzeń o aktualnym obiekcie westchnień. Czasami odbywało się to pod pretekstem nocnej nauki, szczególnie w internacie (nie: internecie) sióstr urszulanek, gdy wraz z Danusią rozkładałyśmy się z książkami, smoliście czarną kawą w filiżankach i ukrytym magnetofonem, z którego nad ranem puszczałyśmy sobie SDM „Czwarta nad ranem…”

W czasach bujnego życia studenckiego sen również nie był priorytetem. Najdziwniejsze, że miałam wtedy siłę, by po nieprzespanej nocy iść normalnie na zajęcia i cały dzień względnie funkcjonować. Potęgo młodości!

Potem pojawił się u mego boku wymarzony w bezsenne noce ukochany i znów nie dało się spać.

Następnie, naturalną koleją rzeczy, pojawiały się owoce miłosnych nocy i jeszcze bardziej nie dało się spać, choć dziwnym trafem akurat wtedy zaczęłam odczuwać niezwykle silną potrzebę snu. Zamiast korzystać z wymarzonej w dzieciństwie bezsenności, byłam bliska oddania królestwa za przespane ciurkiem 8 godzin. Niestety, nie dysponowałam żadnym królestwem.

Kilka lat później (cóż to jest naprzeciw Wieczności!) noce nabrały nowego wymiaru, nieznanego mi wcześniej. Bardzo często budziłam się w innym łóżku i w zupełnie innej konfiguracji, niż kładłam się spać. Przemieszczałam się w nocy kilkakrotnie, w zależności od potrzeb małoletnich, pędziłam na wezwanie furkocząc nogawkami piżamy, a potem zasypiałam tam, gdzie litościwy Morfeusz wziął mnie w objęcia. Pamiętam taki poranek, gdy oboje z Mężem obudziliśmy się w pokoju dzieci, sami, na łóżkach dla krasnoludków (70×160) i żadne z nas nie mogło sobie przypomnieć, skąd się tu wzięło.

Niby jest już lepiej, ale ciągle te noce jakieś przerywane, bo a to któryś się rozpłacze przez sen, a to z łóżka spadnie, a to przydrepcze do sypialni (Piotruś od razu ładuje się między nas, nie patrząc po czym przechodzi, więc budzi mnie najczęściej łupnięcie w wątrobę albo ból miażdżonych kości w nodze, a Michaś wrócił do swojego denerwującego zwyczaju: staje nade mną, kiwa się półprzytomny i czeka, aż odchylę kołdrę i zrobię mu miejsce z brzegu), a to któryś wyczuje szóstym zmysłem, że jest sobota, więc przybiegnie rączo o 6.15 w nastroju skowronka i będzie zadręczał ćwierkaniem: „Mamo, mamo, kiedy wstajemy?” („To wstań”, mruczę w odpowiedzi”, ale nie z nimi te numery: „Ale ja chcę wstać z tobą!”).

I kiedy się tu wyspać, no kiedy? Chyba rzeczywiście dopiero w trumnie, bo wiem od koleżanek bardziej zaawansowanych w macierzyństwie, że potem też się nie śpi, czekając, aż dziecko wróci do domu z hulanek i swawoli, a jeszcze później to zapewne dopadnie mnie starcza bezsenność (tę przepowiadały nam siostry zakonne, kiedy nie mogły nas rano dobudzić o 6.00: „wychowanki urszulańskie na starość nie mogą spać, bo za dużo spały w czasach internackich”).

4 komentarze:

  1. człowiek jak mógł oddać się tej przyziemnej rozkoszy to nie spał, choć z drugiej strony na zapas też nie idzie ;) dołączam do grona niewyspanych ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. hahahahaha, ja nie wiem tak naprawde, czy smiac sie czy plakac, ale wiekszosc opisanych zdarzen pokrywa sie z moimi, lacznie z chodzeniem po watrobie, nerkach itp. Pruboje juz przekupstwem zmusic moich pieciolatkow do spania we wlasnych lozkach... Jako nagrode za przespane trzy noce we wlasnych lozkach wybrali sobie lody w kubeczku ze sklepu na rogu... Stas dzis zadowolony mowi: pierwsza noc za nami. jeszcze dwie.
    A ja sie pytam: co dalej? Nie chec wiedziec... zobaczymy...
    Milego dnia!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ubaw po pachy! A potem spoglądam na zegarek: za 3-4 godziny obudzi się Zosia, Antoś za 8 godzin. No i jakoś mina się zmienia ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. O tak :) Prawda prawda i tylko prawda :) My, mamy tak już mamy :) Pozdrowienia dla niewyspanych :)

    http://kropleszczescia.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.