18 marca 2013

Do poczytania: This is an alarm call, so wake up, wake up now

Synafia, która zadebiutowała na naszym blogu przebojowym "Matczynym radiem", dziś opisuje lekką depresję matczyną. A jak się u Was objawia ten stan?

Jeśli jest kiepsko, mój organizm potrafi wysyłać liczne sygnały. Ciągłe zmęczenie, rozdrażnienie, bóle brzucha i mdłości, napady furii na przemian z napadami rozpaczy. Wszystkie te sygnały znam, obserwuję i potrafię z dużą wprawą ignorować.

Gdy tymczasem!

Wczoraj  rano zostawiłam Gigannę z opiekunką, Dziobalindę w przedszkolu, i - przeżuwając w masochistycznym zapamiętaniu resztki dwudniowej kłótni z Małżonkiem - popędziłam do pracy. Ludzie patrzyli się na mnie dziwnie, może dlatego, że noszę góralską wełnianą czapę z pomponami, a może dlatego, że pospiesznym makijażem uczyniłam ze swojej twarzy sztandarowy przykład kubizmu. Czując, że już gorzej być nie może (gdzie tam! zawsze może być gorzej!) wstąpiłam do małego punktu usługowego po ciabattę i kawę. I gdy tak stałam w tym miłym dla oczu pomieszczeniu wielkości mojej kuchni, sam na sam z panią, pieczywem i ekspresem do kawy, usłyszałam coś. Usłyszałam mianowicie, że moje usta zrywają łączność z mózgiem, ogłaszają rokosz i zaczynają mówić bez mojego pozwolenia. A zza zagrody mych zębów wylatują słowa niczym stadko obszarpanych i nieco nietrzeźwych gołębi, tych samych, które tzw. Dziad z Wołomina hodował w podwarszawskiej Zielonce.

I słyszę, że mówię: Bo wie Pani. Bo ja to mam dwoje dzieci, i kota, i pracę, i jeszcze Mąż się ze mną pokłócił i już mnie nie lubi. Więc widzi Pani sama, że co ja z tego życia mam, nic nie mam, proszę Pani, nic. Tylko ta kawa, proszę Pani, ta kawa to jest jedyne, co mam w życiu, więc niech mi Pani da cukier do kawy, bo chyba ten cukier to mi się jeszcze, proszę Pani, należy. Cukier ja poproszę. Więcej cukru.

Pani zdała ten egzamin śpiewająco. Posłuchała, pokiwała głową współczująco, dała więcej cukru. A ja, z to bułko i z to kawo, pobiegłam do firmy, gdzie natychmiast padłam w pomarańczowe  krzesło na kółkach i wyspowiadałam się koleżance G. Bo mam do G. zaufanie, że jak trzeba będzie, to mi ona bezceremonialnie da w ucho.

- Oooo, bardzo źle z Tobą – zawyrokowała G., a ja wiedziałam, że ma rację.

Jeśli więc gdzieś na ulicy Grzybowskiej zauważycie kubistyczną ponurą wariatkę w góralskiej czapce z pomponami, która próbuje zacząć do Was coś mówić z obłędem w oczach, nie rozmawiajcie z nią, tylko od razu dajcie jej w ucho!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.