14 marca 2013

Do poczytania: Sami se zróbcie!

Prezentujemy dziś tekst Agnieszki, mamy dwójki, autorki blogów glusicadomowa.blogspot.com i copoeta.blogspot.com oraz współautorki www.omamiona.pl. Zapraszamy do lektury.

Za dużo tego wszystkiego.
Rozsypuje nam się życie rodzinne.
Znaczy: funkcjonujemy jak małe przedsiębiorstwo, ale przyjemność z tego żadna. Znaczy: do za...nia. Znaczy: brak pustych przebiegów. Znaczy: wańka - wstańka, rano - wieczór, poniedziałek - piątek.
No więc żeśmy z tatusiem po raz setny postanowili uregulować tę rzekę.
Karteczka w krateczkę, długopisik, tabelka. Godzina po godzinie. Dzień po dniu.
Teraz wklepać w Excela.
Wdrożyć.

Ale ja się nie dostosuję, oświadcza Ostra Siostra Córka Nasza.
Sami se chodźcie spać, róbcie, kupcie.
Zwartym szykiem nacieramy na gadzinę, która świńskim truchtem zmyka do pokoju posprzątać.
Zamyka za sobą drzwi.
Najpierw cisza. Po chwili łomot włączonego radia i śpiew chóralny solo.
Ty, co ona tam robi, miała sprzątać, nie... - zagajam do tatusia.
No, ona tam robi... no, ten... ogół czynności... ale na pewno nie sprząta.

Posprzątała.

Ale to tylko dlatego, żeście mnie zmusili.
Ten wasz plan to se możecie.
Już ja wam pójdę spać o dwudziestej pierwszej.
Ty sie mamo weśśś ożeń z tym komputerem, wiesz.
I co z tego, że zarabiasz???
Ożeń sie, wiesz.
A mamooo, kupisz miii...
Jak to nie???
Jak to sama se zarób???
Ja???

Marnie widzę te tabelki w Excelu, co sobie je wywiesimy na lodówce….
Znaczy: ja się dostosuje. Tatuś też.
Ostra będzie dywersję siała.
Ale tym razem pójdzie na noże: umówiliśmy się, że każda czynność ma swojego podwykonawcę i występuje cyklicznie, a do czynności wypadniętej z grafiku wraca się za tydzień. Więc jak se Ostra siedem dni z rzędu nie wrzuci gaci do kosza z napisem "JASNE", to ósmego dnia pójdzie do szkoły w gaciach ciemnych. No, chyba że wszystkie gacie ciemne zapomniała wrzucić do kosza z napisem "CIEMNE", gdyż spoczywają one pod łóżkiem/biurkiem/komodą. Skutkiem czego pójdzie Ostra do szkoły BEZ gaci.

Żebym się miała wiecie-co -  nie popuszczę.
W przeciwnym wypadku najbliższą godzinę dla siebie znajdę koło osiemdziesiątki, a włosy ufarbuje mi Zegarmistrz Światła Purpurowy. Na siwiuteńko.

Żeby nie było, że jeno Ostra poprzek drogi leży - Maltretor też schizuje nad podziw udatnie.
Nasila mu się ostatnio zwłaszcza przed wyjściem z domu i w samochodzie. Nie wiem, czy w żłobku, do którego uczęszcza, mają jakieś zajęcia ze sztuk walki, ale padanie na glebę opanował do perfekcji, krzywdy nie czyni sobie żadnej, a widowiskowość padania godna największych scen tego świata.
Pada zatem i wyje. Łbem wali o kuchenne szafki, oparcie kanapy, wypanelowaną podłogę. Niczem Elektra, Antygona, Julia szlochem zanosi się, spazmuje, głowinę zmaltretowaną w dłoniach ukrywa i - cierpi.
Gdyby nie fakt, że do wyjścia mamy pięć minut... minutę... jesteśmy spóźnieni pięć minut... dziesięć... piętnaście... byłoby to nawet zabawne. Na pewno - efektowne. Na pewno - artystycznie na wysokim poziomie. Na pewno - do przeczekania. Ale czas nagli.
A Maltretor wyżywa się artystycznie. I na mamusi.

Bo mu na stół wejść nie pozwolono, gdzie kankana odtańczyłby.
Bo mu noża użyć nie pozwolono, którym sobie obciąłby .
Bo mu śwince morskiej palca do oka włożyć nie dano, a może oko wyjmowane jest.
Bo batona zakorbić mu z szafki zakazano,  a on pies na słodkie, stado psów, kohorta.
Bo skarpet zdjąć nie pozwolono, bo plus trzy za oknem, a on boso po łące biegałby.
Bo kurtkę nadzierzgnąć by wypadało, bo chłodno, a on szaty rwie.
Bo czapka się by zdała, a on czapkę ma w.... - nie na głowie!
Bo do samochodu iść każą, a tam w pasiki w foteliku się zapiąć, a on zniewolić się nie da.

Wychodzimy.
Matka spocona jak kret (cudny ten frazeologizm, pochodzenia nie znam: czemuż kret???).
Rączki się matce trzęsą.
Siada za kierownicą w stanie daleko posuniętego rozkładu - prowadzić w takim stanie: zbrodnia. A tu dwójka dzieci na pokładzie. Wyją już oboje i okładają się na tylnej kanapce.

Maltretor, bo:
- zapięłam go, że dychnąć nie może, ale jakimś cudem udało mu się wyzwolić z pasów naramiennych i jeno biodrowy mu został; kwestia czasu...
- jedzie, sorry: wiozą go, a on szedłby, biegłby, gnałby...

Ostra, bo:
- dlaczego ona by miała nie???
-zapomniała klapków na basen/ stroju na WF/zeszytu do majcy/kleju w tubce/bibuły/…

Wieczorny spektakl należy jednakowoż do Ostrej.

Bo zadania robić nie będzie.
Bo spać nie pójdzie.
Bo pakować się do szkoły nie ma zamiaru.
Bo ubrania na rano nie przygotuje.
Bo ten grafik cośmy se zrobili to ją nie obowiązuje.

Zadzwoń na Niebieską Linię, sugeruje delikatnie tatuś, przemoc w rodzinie zgłoś, sadystów zadenuncjuj. Ostra rozwiesza uszęta.
Maltretor, głowę sobie dam uciąć, nasłuchuje przez sen...

2 komentarze:

  1. o matko! sama prawda!
    mimo tej przerażającej wizji mam uśmiech na twarzy - dzięki lekkości pióra i fantastycznemu stylowi autorki :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Czyta si e tak lekko choć to ciężki chleb być rodzicem i święte słowa napisane przez mamę - ale aż głośno się uśmiechałam bo moja rodzina to również rozpędzony pociąg który nie raz jedzie do góry kołami

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.