5 maja 2012

Albo ja, albo dziecko

Prezentujemy notkę monilii, jednej z autorek antologii, która pisze "Z widokiem na Łąki Nowohuckie". Notka powstała po lekturze komentarzy na temat "Macierzyństwa bez lukru", głównie tych na latte24, gdzie Czytelniczki nie szczędzą nam gorzkich słów.

- O co wam chodzi? Macie dziś tyle udogodnień: pampersy, elektroniczne nianie, kreatywne zabawki, mleko modyfikowane, po które nie trzeba stać w kolejkach. Nie musicie prać w balii, prasować 30 pieluch dziennie, uganiać się za deficytowym papierem toaletowym. Jesteście matkami, tak jak my kilkadziesiąt lat temu, więc nie udawajcie bohaterek. Nam też nikt nie pomagał, a nie narzekałyśmy. W głowach się wam poprzewracało. Skoro macie czas, żeby wciąż utyskiwać, to znaczy, że nie macie go dla swoich dzieci. Matki wyrodne...

Wiele już słów zarówno krytycznych, jak i wspierających padło w notkach na temat "Macierzyństwa bez lukru" i w komentarzach pod nimi. Rozumiem kobiety, które uważają, że cała ta nasza pisanina to fanaberie znudzonych mamusiek, które życie rozpieściło, a które z pewnością nie poradziłyby sobie w warunkach siermiężnego PRL, w których im przyszło wychowywać dzieci. Pewnie, tamte czasy, o których my zachowałyśmy mgliste wspomnienia, nie były dla naszych rodziców sielanką.

Sama pamiętam palenie w piecu kaflowym, kąpanie się w dziecinnej wanience do 8. roku życia, ponieważ nie mieliśmy łazienki, zakaz wchodzenia do kuchni, kiedy myło się któreś z dorosłych. Spanie z babcią w jednym łóżku, bo nie było gdzie. Pranie w starej Frani i gotowanie pościeli w kotle z krochmalem. Pamiętam jesienne robienie weków, chodzenie do sąsiadów po mleko prosto do krowy. Wyjazdy rodziców w środku nocy do miast wojewódzkich, by upolować coś lepszego do ubrania czy wyposażenia przyszłego domu. Wiele lat gnieżdżenia się w 5 osób w jednym pokoju i kuchni w oczekiwaniu na mieszkanie w bloku z tzw. przydziału. Dziś sama się dziwię, jak mogliśmy jako rodzina w takich warunkach jakoś w miarę zgodnie funkcjonować.

Pamiętam też emocje związane z każdą wycieczką do większego miasta, dreszcz na widok płonących wieczorami neonów, niemożność oderwania się od kolorowych sklepowych wystaw. Pamiętam marzenia o tym, by śpiewać, być jak te podskakujące w krótkich spódniczkach i białych podkolanówkach dziewczynki z "Gawędy". Nie pozwalałam obcinać włosów i kazałam się babci czesać w kucyk, by wyglądać jak one. Śpiewałam ukradkiem do skakanki jak do mikrofonu. Pamiętam telewizyjne programy dla dzieci, które prowadzili moi rówieśnicy. Zazdrościłam im luzu, obycia, posługiwania się słownictwem, jakiego nie znałam, mimo że z braku lepszego zajęcia zostałam molem książkowym.

Pamiętam, że od zawsze bawiłam się sama. Babcia, z którą byłam na co dzień, zajęta była domową krzątaniną. Rodzice do zabawy niespecjalnie się garnęli. Szybko nauczyłam się czytać i uciekałam w świat książek. Przynajmniej można było w ten sposób uatrakcyjnić swoje dzieciństwo. Po przeprowadzce do miasteczka zamknęłam się w czterech ścianach jeszcze bardziej. Nienawidziłam rodzicielskich: - No co tak siedzisz, wyjdź z domu, przeleć się gdzieś... Jednocześnie nie proponowali mi żadnej innej formy spędzania wolnego czasu. Pożegnałam się z marzeniami o śpiewaniu, graniu na instrumencie (bo przecież "po co mi to"). Nikt moim rodzicom nie mówił, że jeśli dziecko chce się w jakimś kierunku rozwijać, to należy je w tym wspierać. Dziecko miało być najedzone, czysto ubrane, posłuszne i milczące (słynne "dzieci i ryby głosu nie mają").

Nikt na mojej mamie nie wywierał presji, że po ciąży powinna wchodzić w swoje panieńskie ciuchy (z sentymentu niektórych nie wyrzuciła i potem ja je donaszałam jako nastolatka). Nikt jej nie mówił, że powinna być piękna i mieć swoje pasje. W efekcie mama, gdy miała tyle lat, co ja teraz nie miała połowy zębów, za to lekką nadwagę. Po pracy robiła obiad na następny dzień i oglądała programy w odbiorniku produkcji ZSRR. Z drugiej strony byłam bez skrupułów podrzucana babci, gdy rodzice jechali na wycieczkę, lub zostawałam sama zamknięta w domu na klucz (od 9. roku życia), gdy szli na jakąś imprezę. I nikt się nie przejmował, czy i jak to wpłynie na moją psychikę.

Ja miałam być inna. Byłam przekonana, że dziecko nie ograniczy mnie w żaden sposób. Będę je zostawiać pod opieką ojca, a sama "nurzać się w kulturze": kina, wystawy, odczyty. Będę czytać wieczorami, dziergać relaksacyjnie, będę chadzać na fitness albo tańce, będę się spotykać z koleżankami na plotkach lub pisać długie maile. Będę mieć perfekcyjnie wysprzątany dom, nauczę się gotować coś bardziej skomplikowanego niż pomidorowa i filet z drobiu. Będę zorganizowana i zadbana. Tak, jak pokazują to czasopisma dla przyszłych i młodych matek, do których kiedyś moja mama i jej podobne nie miały dostępu. Nic bardziej błędnego!

Będąc zmuszona nagle sprostać wyzwaniom stojącym przed współczesną matką, stanęłam przed wyborem: albo rezygnuję z dziecka, tzn. ograniczam swój udział w jego wychowaniu i realizuję siebie, albo odpuszczam siebie i zajmuję się kształtowaniem młodego człowieka, zdając sobie sprawę, że do dorosłego życia wniesie cały bagaż, jaki dam mu w dzieciństwie. Nietrudno się domyślić, co wybrałam.

Chcę, żeby mój syn był przede wszystkim dobrym człowiekiem, dlatego jestem mu przewodniczką, towarzyszką zabaw, przyjaciółką. Mamą na 24-godzinny etat, która ma wyrzuty sumienia z powodu lepiącej się podłogi w kuchni, ale zamiast po mopa pójdzie układać zamek z lego. Mamą która się miota pomiędzy przypalonym kotletem w kuchni a poszukiwaniem "tej najważniejszej w danym momencie kredki". Mamą, która spóźnia się na tramwaj, bo syn chce jej przed wyjściem dać 12 całusów. Mamą, która zamiast w weekend odpoczywać przed telewizorem, gna na zajęcia edukacyjno-rozrywkowe albo na plac zabaw, by dziecko miało frajdę. Mamą, która zamiast poważnej lektury czyta wieczorami "Bolka i Lolka", a potem usypia wraz z dzieckiem na przykrótkim tapczanie (a prasowanie czeka od tygodnia). Mamą, którą dziecięcy kaszel w drugim pokoju zerwie na równe nogi w środku nocy, a nie usłyszy huku przewróconego przez męża krzesła.

Mamą, która czuje, że oszalałaby, gdyby nie istniały praca i przedszkole. Mamą, która musi stawiać granice i zamiast zrozumienia napotyka złość i opór. Mamą, która mimo całego swojego poświęcenia usłyszy, że jest "niedobra i bez sensu". Mamą, która ma czasem dosyć i marzy o samotnym wyjeździe przynajmniej na tydzień. Albo przynajmniej na 24h. Ale tego nie zrobi. Bo wie, że zawiodłaby wtedy i swoje dziecko, i siebie. Dawno już nie czyta kolorowych czasopism dla rodziców. Nie ma złudzeń. Zamiast tego otwiera bloga i pisze. A potem kasuje to, co napisała. Bo przecież uśmiech dziecka powinien jej wynagrodzić wszystko. - Dobra, myślę sobie, życie zaczyna się po pięćdziesiątce. Zostało mi jeszcze tylko 15 lat...

9 komentarzy:

  1. A wniosek z tego jeden: ignorować teksty typu: guzik wiesz, guzik widziałaś bo MY miałyśmy gorzej ;)

    Owszem WTEDY było organizacyjnie trudno, bo pustki, bo pranie, bo tetra, bo mleko się grudkowało...

    Ale nie było presji na wychowanie dziecka idealnego, na bycie super-hiper-sexi mamą, na rozciąganie doby do 48h i zapierdzielanie na etatach matki, żony, kochanki i najlepszej zabawki interaktywno-edukacyjnej dla dziecka.

    Mam wrażenie, że każde czasy mają plusy i minusy w temacie rodzinno-dzieciowym, nie ma co się przerzucać kto miał gorzej czy lepiej. Szkoda czasu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Życie jest inne, czasu się zmieniają, tylko szkoda że nikt nie pamięta tego że w tedy większość kobiet mogła poświęcić się domowi i rodzinie, a mąż pracował 8h... a nie tak jak teraz zastanawiać się czy wracać do pracy (i nie zastanawiać się czy będę miała co włożyć do garnka) czy zostać z dzieckiem ( i poświęcić mu się całą sobą i zastanawiając się czy mogę kupić 3 marchewki czy 4, bo czy starczy mi na to wspaniałe udogodnienie jakim jest pampers). My właśnie stoimy przed takim wyborem - i stety, niestety zostaje w domu z maluszkami, a męża się już traci, bo on teraz musi być żywicielem domowego ogniska.

    OdpowiedzUsuń
  3. Z dnia na dzień zostałam matką choć nie samotną to samotnie wychowującą dwójkę chłopców, dodam, że chłopców z niedosłuchem żeby za łatwo nie było. I gdzieś mam to, co POWINNAM, a ogarniam to co DAJĘ RADĘ. I fakt, że bez zmywarki pewnie gary w zlewie by się piętrzyły, w łazience byłby smród mocno używanych pieluch tetrowych czekających na wypranie gdyby nie jednorazówki... ale i tak nie czuję, żebym miała łatwiej niż moja mama wychowująca mnie w ostatnich latach PRL.
    Dzisiejsze macierzyństwo jest pod znakiem presji środowiska i stresu.
    Mało, że stresujące jest dla mnie przebywanie z dziećmi 24/7 to stresuje mnie najbliższa rodzina, która pod płaszczykiem "chcemy Ci pomóc" próbuje wsadzać nos wszędzie, gdzie się da i nie da. I jeszcze jest wielka obraza, gdy nie wytrzymuję i próbuję odzyskać choć trochę prywatności i prawa do własnego życia. Tak naprawdę nie wiem, czy rodzina nie stresuje mnie bardziej niż wychowanie i rehabilitacja dzieci.
    Co do presji środowiska abym wychowywała moje dzieci z obowiązującymi trendami (ha ha ha), to póki co odczuwam ją w stopniu minimalnym - owszem u koleżanek widuję różne cuda na kiju, które "każde dziecko mieć powinno", słucham różnych rewelacji w stylu "uczę moją 1,5 roczną córeczkę czytać" oraz po pieśniach pochwalnych na rzecz genialnego 2letniego pianisty in spe jestem pytana "a co Ty robisz ze swoim dzieckiem"... ale spływa to po mnie. Myślę, że bardziej mnie to dotknie, kiedy chłopcy pójdą do przedszkola i oni sami będą wywierać na mnie presję, by być jak rówieśnicy.
    Być może na dniach sytuacja się zmieni i to ja pójdę do pracy, a mąż wróci z trasy i zostanie z dziećmi. Ale nie zmieni się jedno - to, że kocham moich urwisów i chcę, by im było jak najlepiej.

    OdpowiedzUsuń
  4. przeczytałam i zgadzam się z każdym Twoim słowem. Też chciałam być perfekcyjna, doskonale organizować sobie czas, dbać o dziecko, mieć wysprzątane mieszkanie, dbać o siebie... życie pokazało co innego i choć cały czas staram się to w tym jednym pokoju i kuchni mam wieczny bałagan. Ale z drugiej strony jak słyszę cudowny smiech mojego synka.... Są pewne rzeczy, których nic nie zastąpi. Już od dawna wiem, że nie będę mojemu dziecku zwalała na głowę licznych zajęć dodatkowych, o nie. Niech będzie sobą! Ja bym tylko chciała aby wyrósł na dobrego człowieka :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Podoba mi się :-)
    Monitura

    OdpowiedzUsuń
  6. Cieszę się, kiedy moja mama na moje narzekania odpowiada: "Eee tam, wy to teraz macie dobrze, bo ...." i jednym tchem wymienia pieluchy jednorazowe, pełne półki, samochód i inne udogodnienia. Cieszę się, bo wiem, że to początek dyskusji, od której mojej rodzicielce zakręci się w głowie. Owszem, mam większy wybór niż ona. Ten wybór czasem oznacza wolność, zazwyczaj jednak tylko odpowiedzialność. Poród naturalny czy cesarka? Pierś czy butelka? Pieluchy jednorazowe czy ekologiczne? Proszek czy orzechy piorące? Słoiki czy przecier z ekologicznej marchewki? Praca czy dom? Barbie czy drewniany teatrzyk? Królewny Disney'a czy Królewna Aurelka? Wspólne sprzątanie czy wspólne czytanie? Sen czy seks? Fryzjer czy kosmetyczka? Kredyt na większe mieszkanie czy wakacje co roku?
    Pytania można mnożyć. Zazwyczaj, gdy dochodzę do: 'Jak na 45 m2 zmieścić 4 osoby wraz infrastrukturą obejmującą kuchnię, łazienkę, pralnię, suszarnię, prasowalnię, garderobę, własny kąt dla każdego domownika i jego absolutnie niezbędnych zabawek oraz estetyczne skądinąd torby do sortowania śmieci?' albo 'Czy o 2 w nocy lepiej spać, czytać, czy może pisać pilny raport?' mama wymięka.

    OdpowiedzUsuń
  7. Normalnie jak bym czytała siebie... Dziękuję! Trzymaj się, mnie do "50" brakuje 14 ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja wybrałam życie matki polki i drobiu domowego,piaskownicę,lalki i różowe klocki zamiast klimatyzowanego biura,1500 brutto i sterty papierów do przejrzenia.Jest mi dobrze tak jak jest.To mój wybór tak jak pampersy,gotowe słoiczki.Kiedyś było ciężej,cukier na kartki,stan wojenny,kiełbasa spod lady.Ale...kiedyś jak i dziś matki równie mocno kochały/kochają swoje dzieci.

    OdpowiedzUsuń
  9. dziękuję, dziękuję, dziękuję :)
    ja jeszcze na etapie oczekiwania - Młody przyjdzie na świat w sierpniu.. ale od zawsze mam mnóstwo lęków, obaw i niepokojów, że całe moje życie wywróci się do góry nogami.
    I od zawsze wysłuchuję jaką egoistką jestem, jak ja mogę nie ochać i achać, że dziecko i cudowne życie teraz przede mną.
    I że jako 30stka powinnam już się "nażyć" i "wyszaleć" w ramach moich ambicji, pasji i planów.
    także dziękuję.. za pokazanie mi, że nie jestem sama i nie tylko ja potrafię dostrzec cienie macierzyństwa. I mimo to na nie właśnie się decydować :)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.