29 kwietnia 2012

Dzień jak co dzień...

Prezentujemy dziś notkę z bloga Gosi chudszej, która jednocześnie jest tłumaczką naszej antologii na język Harry'ego Pottera i Seana Connery'ego. Zapraszam do lektury.

Zaczęło się w niedzielę o siódmej. zakaszlał metalicznie, tego schorzenia nie da się nie rozpoznać. Powitaliśmy pierwsze w tym sezonie podgłośniowe zapalenie krtani. Ale że chłopczyk zjadłszy loda wydał nam się okazem drowia, zakazaliśmy na wszelki wypadek większych wysiłków i miło spędzaliśmy czas (na sprzątaniu, porządkach, lekcjach, gotowaniu i innych radosnych czynnościach niedzielnych). Pogoda dopisywała, tryskaliśmy humorem, no sielanka. Fransik co jakiś czas kaszlał.

Tydzień zaplanowany miałam dość szczegółowo: poniedziałek lekcja wiolonczeli, wtorek zebranie u mnie o 17 i u Franka o 17 (zaplanowałam posiąście zdolności bilokacji w te kilkanaście godzin), środa rada i wycieczka do muzeum, czwartek wiolonczela, joga i dentysta, piątek zgon. Bo mąż dziś o 5 rano wybył na "szkolenie", rozumiecie. Wraca jutro wieczorem.

Wieczorem, podczas snu Frans zaczął kaszleć, skończył gdzieś koło 6, żeby po prostu zacząć kaszleć będąc obudzonym. Mimo tego postanowiłam zawlec go do szkoły, bo nic go nie bolało, bez gorączki, humor nawet niezły jak na poniedziałek rano, po prostu kaszelek. Wyjechałam na sygnale o 6.55 (nie pytajcie, o której wstałam, a noc można podzielić na dwa etapy: zamartwianie się o kaszlącego syna i organizację najbliższych dób oraz śnienie o zamartwianiu się o wyżej wymienione kwestie, także efektywnie nie wypoczęłam), zawiozłam Zofię, ulokowałam w świetlicy z (surprise, surprise) wiolonczelą, której, hurej, nie zapomniałam, w biegu do samochodu, i na sygnale pod szkołę Fransa (mamusiu, niedobrze mi, synek jeszcze trochę, zaraz zwolnię, oddychaj głęboko, załóż kaptur, otwieram okno, włączam nawiew, mamuś niedobrze mi, synek patrz, nowa droga, jechałeś nią kiedyś, mamuś zaraz zwymiotuję, synek no proszę zaraz jesteśmy pod szkołą, tu mam zaparkować? bleeee), która to podróż zakończyła się wielobarwnym wielokrotnym pawiem na spodniach, kanapie, foteliku, fotelu, butach, dywaniku i okolicach. Nie zacytuję, co wyszeptałam pod nosem, gdyż były to szpetne szepty. Zainicjowałam więc serię jesienną wizyt u pediatry w celu wynorania opieki na dwa dni. A mamusia ma się ucieszy, że zaraz po powrocie z wakacji zaserwuję jej wnuka na kilka godzin.

Czy muszę dodać, że synek, wtulony w me ramię mocno, uradowany i pełen energii i zdrowia kaszle bardzo zdawkowo i nie narzeka na brzuch w ogóle (bo wymioty, moim zdaniem, były efektem choroby lokomocyjnej, kaszlu i nerwów szkolnych), bawi się, jest anielsko grzeczny i nieziemsko szczęśliwy... dziękuję ci, essi dżonson w osobie minister Hall za te wątpliwej jakości przyjemności, które poniekąd i pośrednio serwujesz mojemu dziecku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.