30 stycznia 2012

Chcę mieć prawo do narzekania

Dziś publikujemy tekst, który specjalnie dla nas napisała idiomka: Czy matki zdrowych dzieci, kobiety, którym „nic się nie dzieje”, mają prawo do narzekania, rozumianego tutaj jako szczere i niepodkolorowane opowiadanie o swoim macierzyństwie? Czy mają prawo czuć się zmęczone i sfrustrowane? Czy otwarte mówienie o tym to oznaka słabości i rozmemłania? Czy matki mają obowiązek zawsze wyglądać pięknie i emanować szczęściem, bo są matkami? Czekamy na Wasze komentarze. Jeśli ktoś chciałby napisać dłuższy tekst, w duchu MbL lub polemiczny, chętnie opublikujemy jako odrębną notkę.

W tym tygodniu przeglądałam komentarze pod onetową publikacją na temat Mikołajka i MbL.

Nie będę już rozpisywać się o tych, którzy nie zorientowali się, jakie to smutne doświadczenie stało się udziałem Mikołajka i jego rodziców. Bo w tym przypadku trudno jest o jakikolwiek komentarz.

Raczej zainspirowało mnie coś, co cyklicznie już staje się tematem moich rozmów, rozmyślań itd.

Kiedy jakieś 2 tygodnie temu uczestniczyłam w nagraniu dla TVN na temat MbL, wspomniałam dziennikarce o stereotypach, żywcem jak z reklamy TV, które wciąż pokutują. O tym, jak zafałszowany bywa obraz macierzyństwa. Odniosłam wrażenie, że dziennikarka powątpiewała w słuszność moich poglądów i pytała, czy na pewno nadal tak jest.

Wspomniane komentarze na Onecie pokazują, że w istocie nadal dla sporej części kobiet, macierzyństwo jest takim stanem, w jakim każda kobieta powinna się spełniać i absolutnie nie powinno się narzekać.

Powtarzający się w tych wystąpieniach motyw: Mam małe dziecko, pracuję, mam wysprzątane mieszkanie, zadowolonego (w tym również seksualnie) męża, a ja co dzień jestem umalowana, uczesana, wypoczęta i nigdy nie narzekam!

Czy to jest prawdą? Czy to po prostu pobożne życzenie, próba podkolorowania rzeczywistości, aby pasowała do schematu, znanego z filmów i reklam? Chęć pokazania, że jestem inna, lepsza, od tych matek, które ośmieliły się w MbL odsłonić swoje frustracje, dylematy, kłopoty?

Chcemy czy nie, jesteśmy bombardowane przez media pewnym przekazem. Odnajduję go w reklamach, niewykluczone, że funkcjonuje również w telenowelach (dywaguję, bo szczęśliwie nie mam kontaktu z tego rodzaju produkcjami). Ten przekaz bardzo często jest jednoznaczny. Matka, nawet jeżeli jest chora i siedzi na kanapie, powinna mieć na sobie mini i szpilki. W takim samym stroju powinna zmywać podłogę. Poza tym, matka to takie stworzenie, które zawsze z czarującym uśmiechem nakłada dziecku makaron na talerz, bawi się z nim, idzie na spacer itd. Reklamy z innym przekazem to rzadkość. Chyba tylko w jednej reklamie widziałam matkę, która nie ma czasu dla dziecka, bo zmywa. A u mnie, do jasnej, ciasnej, zmywa w domu mężczyzna, a ja jeżeli nie mam czasu dla Młodego, to dlatego, że piszę tekst na tematy dość techniczne. Kompletnie nie pasuję do stereotypu kobiety, która z uśmiechem i pieśnią na ustach jest idealną matką, żoną, kucharką i sprzątaczką, bez jednej choćby wątpliwości i bez słowa skargi.

Ten stereotyp nadal funkcjonuje i na jego mocy my - kobiety pozwalające sobie na narzekania, jesteśmy gorsze, gorzej zorganizowane, słabsze psychicznie itd. Przynajmniej w oczach komentujących w necie.

Czytając takie wystąpienia, jakie obserwowałam pod tekstem o Mikołajku i MbL, mam wrażenie, że my - matki, nie mamy prawa do bycia sfrustrowanymi, do narzekania, do dostrzegania negatywnych stron macierzyństwa. Tak jakby urodzenie potomka z automatu dawało nam prawo wyłącznie do sikania ze szczęścia po nogach. Może osoby bezdzietne mają prawo do narzekań, ale my - matki, już nie. Tak, jakby decyzja o urodzeniu dziecka była automatyczną deklaracją przynależności do jakiejś sekty, w której nie ma się prawa zauważać, jakim wysiłkiem jest rodzicielstwo, z jaką odpowiedzialnością się wiąże, jakie ograniczenia przynosi naszemu życiu itd.

Parę razy, przy innych okazjach słyszałam hasło, że jeden uśmiech dziecka wynagradza rodzicom cały trud związany z jego wychowaniem.

„Jednym wynagradza, innym nie i nie ma w tym nic złego” - stwierdziła kiedyś psycholog, z którą mieliśmy kontakt w ubiegłym roku szkolnym. Najwyraźniej jednak, zdaniem niektórych, jest w tym coś złego. Bo uśmiech dziecka powinien wynagradzać i dlatego matki nie powinny narzekać.

I choć mojego syna bardzo kocham, bo jest moim najlepszym i ulubionym synem ;), choć doceniam jego inteliencję, poczucie humoru i wiele innych cech, to nie bagatelizuję tak bardzo mojego wysiłku, związanego z załatwieniem jego spraw bytowych i rozwojem, aby uśmiech mógł to wszystko wynagrodzić. Nawet jeżeli jako uśmiech rozumiemy fakt istnienia na tym świecie. A zatem, skoro nie wynagradza, to nie mam zamiaru udawać, że podczas wypełniania rodzicielskich obowiązków słowo „kurwa” nie wyrywa się mi czasami przez zaciśnięte zęby.
I ogólnie mam nienajgorsze życie :) Wiem, że daleko mu do luksusu, ale nieustanie mam świadomość, jaka mogłaby być alternatywa. I nie mam tu na myśli tylko pracowników na cmentarzysku statków w Indiach czy najtańszych wyrobników w Chinach. Pamiętam, jak niewiele brakowało, abyśmy z Młodym 12 lat temu wylądowali w jakimś przytułku. Wiem, że dla kobiet w mojej sytuacji życiowej (samotnych matek, bez finansowego wsparcia rodziny) bardzo często ubóstwo jest na wyciągnięcie ręki. Dlatego bardzo cenię sobie moje życie, tym bardziej, że tak wiele w nim zawdzięczam sobie. Jestem z siebie dumna i czasami - zadowolona ;)

Bo wiem, jaka mogłaby być alternatywa. Ale wiem również, że gdyby nie Młody, byłoby mi łatwiej. Świadomie wzięłam 12 lat temu (akurat niedługo minie kolejna rocznica) na siebie całość obowiązków i wywiązuję się z tego najlepiej, jak potrafię. Ale, do cholery! Nie jestem robotem, nie będę trwała z debilnym uśmiechem na wiecznie zadowolonej twarzy, bez względu na to, jak będę się czuć. Nie będę udawać, że moim ukochanym odzieniem na czas grypy są minispódniczka i szpilki, tylko dlatego, że takie wizerunki są propagowane np. w mediach.

Sama sobie daję prawo do narzekania, jeżeli będę mieć na to ochotę.

6 komentarzy:

  1. No cóż ja mogę napisać? Dziękuję, dziękuję, dziękuję!!!Ktoś wreszcie ujął me myśli w słowa.
    Lubię, gdy me dziecko się uśmiecha, ale g...prawda, że mi to wszystko wynagradza.
    Są dni kiedy mam ochotę trzasnąć drzwiami, wyjść i nie wrócić, czasem skoczyć z okna, albo udusić dziecko i męża...
    A tak poza tym- bardzo ich kocham;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Racja. Ja też podpisuję się pod tym obiema rękami. Po prostu życie nie jest nigdy jedną stroną medalu. Myślę, że im wcześniej się to samemu zrozumie i "przepracuje", tym lepiej dla siebie i najbliższych...

    OdpowiedzUsuń
  3. ZERO JATKI?! dwa głosy za i żadnej polemiki? :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chuda :) no też jestem zdziwiona, a może już ludziska wiedzą, że z idiomką się nie wygra ;) Z drugiej strony mało kto tak jak ona potrafi nazwać rzeczy po imieniu, bez owijania w bawełnę, merytorycznie i po głębokim przemyśleniu. Podpisuję się wszystkimi kończynami pod w/w. Pozdrawiam

      Usuń
  4. To może ja wystąpię z małą polemiką :)
    Otóż nie uważam, żebym nie miała prawa do narzekania. Oczywiście w rozsądnych ilościach, bo generalnie słuchać narzekań (na żaden temat) nikt nie lubi, mylę się? Mam zdrowego ślicznego synka i kiedy mówię, że nie chce spać i jest bardzo absorbujący spotykam się z większym lub mniejszym zrozumieniem. Nikt mi nigdy nie powiedział, żebym pomyślała o tych, którzy mają chore dzieci itd...
    Druga sprawa: jak sobie właśnie o tych ludziach pomyślę, albo o tych, którzy bardzo pragną mieć dzieci, a nie mogą, to gęba mi się sama zamyka. I nie chce mi się już walczyć o moje prawo do narzekania, nie dlatego, że nie mam prawa być zmęczona, gdy inni mają gorzej, tylko dlatego, że jestem bezgranicznie wdzięczna za to, co mam. I każdej nocy, jak karmię o 3 rano, i każdego dnia dziękuję Bogu, że mam ślicznego zdrowego synka - że w ogóle mam synka.
    Co oczywiście nie znaczy, że czasem nie jestem zmęczona, i nie mam wyrzutów sumienia, jeśli w domu jest bałagan, a ja wiecznie orzygana - bo bym się musiała co 5 minut przebierać.
    Uważam, że każdy ma prawo do narzekania, bo dostajemy tyle sił, by znieść to, co znieść musimy: dla jednych problemem jest, że nie mogą pojechać na weekend na narty w Alpy, bo mają dziecko - no i jeśli jeździli wcześniej i dla nich to wyrzeczenie, a dziecko innych problemów nie sprawia, to ja to rozumiem! Dla mnie problemem jest, że moje dziecko nie może spać, co chwilę się budzi i jest ciągle zmęczone. A inni boją się o każdy oddech dziecka. I wszyscy mamy swoje prawa, bo mamy swoją rzeczywistość, w której żyjemy.

    A na koniec: czy w ogóle warto narzekać? Jeśli komuś pomaga, ok. Mi bardziej pomaga właśnie przykład rodziców, którzy mają o wiele, wiele gorzej - i się nie skarżą, tylko działają. Także mimo wszystko staram się nie narzekać, a jak mówię, że synek w nocy budzi się 10x, to też z uśmiechem :)

    OdpowiedzUsuń
  5. P.S. To, że nie ma jatki chyba dowodzi, że nie jest tak źle, jak pisze autorka wątku - chyba większość matek jednak uważa, że ma prawo do narzekania, tylko wydaje im się, że świat oczekuje czegoś innego. Ale świat nigdy nie będzie od nikogo oczekiwał narzekań :)

    A reklamy jak reklamy - podobnie nie pokazują grubych, brzydkich kobiet ani ciapowatych facetów. Pokazują za to, że jak kupisz nowe perfumy/telefon/sos do mięsa, to będziesz najwspanialszy na świecie. Czym tu się oburzać? Taka ich specyfika. Przecież wszyscy wiemy, że reklama kłamie :)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.