5 lutego 2014

Do poczytania. Dziecko mi znikło.

Dzieci miewają magiczne umiejętności. Wie już o tym jedna z Matek Redaktorek: moje-waterloo. Nie upiera się, że zauważyła szybko. Choć z drugiej strony... czymże jest dwadzieścia lat w stosunku do wieczności. Poza tym uważa, że instytucja wymiany doświadczeń pomiędzy matkami (giełda) jest bardzo pożyteczna. Więc wymienia.
Zapraszamy do czytania!

Po raz pierwszy dziecko mi znikło po jakichś ośmiu tygodniach. Od zapłodnienia. Normalnie… byłam pewna, że jest. To poszłam na USG, żeby mieć na piśmie. No co? Osoba urzędowa się podpisze i co pieczątka, to pieczątka. Będę CIĘŻARNA. To poszłam.
Doszłam. Wypiłam beczkowóz mineralnej. Oczy mi się zrobiły jakieś większe. Mężczyźni lubią kobiety z dużymi oczami i żeby niekoniecznie z powodu zbyt ciasno związanych warkoczyków. Pomyślałam sobie do dziecka: odpowiesz za to, ja cierpliwa jestem, spokojna jak ocean (nie wizualizować wody, nie wizualizować wody!), poczekam choćby i do osiemnastki. Jeszcze tylko osiemdziesiąt cztery osoby przede mną i może nawet nie zrealizujemy Teorii Wielkiego Wybuchu.
Leżę wreszcie na tej kozetce, w cholerę niewygodnej, ale przecież to nie miejsce do spania. No i  jest deal – będę ciężarna! Lekarz krąży głowicą, krąży, wątpia obejrzał dokładnie (nie wnosił uwag), na pęcherz mi naciska, cud, że mu ręki nie odgryzłam.
- Po co łaskawa pani tu przyszła?
O-żesz!
- W ciąży. W. CIĄ. ŻY.
- Nie ma.
- Panie, rzygam od sześciu tygodni jak wściekła. To nie może być kac.
Cisza. Oczy coraz większe. Ciśnienie w górnej granicy normy i galopujący puls. POSIKAM SIĘ.
Znikło, cholera. Było i znikło. Co za gówniarz niewychowany.
- O, jest! Ale się usadowiło – chyba nie lubi wystąpień publicznych.

Po raz drugi dziecko mi znikło na porodówce. Normalnie… było, wiem to na pewno. Pamiętam taką myśl, przemknęła mi przez głowę gdzieś o siódmej rano, tuż przed radosnym: siódma pięć, dziewczynka. No więc pamiętam taką myśl: pierdolę – idę do domu! Nie bawię się.
A potem ta twarz! Niezadowolona w najwyższym stopniu. Foch.
Czyli było.
A tu patrzę – nie ma. Jakaś lekka melancholia się wkradła. Żeby się tak spocić i zupełnie bez efektu? A może to jednak psychiatryczny, tylko się nie zorientowałam? Ale nie. Idzie kobita korytarzem, wiezie wózek, chyba ten, co na nim zwykle zupę. Na blacie kilkanaście tobołków, wszystkie identyczne. I ryczą. Sięgam bez patrzenia.
- No co pani? Najpierw trzeba sprawdzić!!!
Pfff… Przesz wiem, że moje. Sprawdzać będę. Akurat inne by się tak darło.

Dłuższy czas spokój. Niby znika – a to przedszkole, a to podwórko, a to szkoła, a to w końcu wycieczka klasowa czy jakieś kolonie. W sumie próbowałam zgubić, szczególnie gdy zaczęło za dużo kosztować. Ale nie. Cwane takie. Słuch jak nietoperz, węch niczym ogar, a wzrok sokoli. Multianimalne. Tymczasem z takim bufetem za kijem od szczotki się nie schowasz. Wiem, bo próbowałam. Zawsze znalazło.
Jakoś tak uporczywie się trzymało. I człowiek przywykł. Gdzie się nie obejrzysz – jest. Majtki na tyłku noszę ze czterdzieści lat, to wiem, co znaczy przyzwyczajenie. Jakbym się zorientowała na mieście, że nie mam majtek, to egzystencjalna pustka. Wyrwa taka. Zakłopotanie. I z dzieckiem to samo. Wrzeszczy, panie, syfi jak opętane, focha odstawia, w nauce się opuszcza, pyskuje. Ma narzędzia, to używa. I się przyzwyczaiłam.

Aż tu nagle… znikło.
Przyznam – były symptomy. Buty na szpilkach na przykład. Całkiem dorzeczne, nie powiem, ale zupełnie nie w moim rozmiarze. Kiecki (jw.). Tusz do rzęs. Jakieś napięcie wieczorową porą. Całkowita cisza o dwudziestej drugiej – pierdnięcie komara stało się słyszalne, co ma oczywiście swoje zalety.
Zaglądam do pokoju obok… pusto. Ki diabeł? Znikło.
To mówię staremu: weź, jedź po stół, pokój obok wolny, zrobimy se jadalnię. Wreszcie żreć będziemy jak ludzie, a nie jak pierwotni. W kucki.
Ale nie. Tak w południe następnego dnia znów słyszę fukanie. I pokój zajęty, chyba przez Obcych. Wygląda, jakby w nim wybuchały przedmioty. Z dużym rozrzutem.

I to wyjękiwane ze szczególną pretensją: maaaamooooo…

Weź przestań, jestem dorosła.
Co mi tu wisisz nad głową?
Wiem przecież, że na studiach są sesje! Odkryła Amerykę!
Tak, słyszałam, że się nie pije na pusty żołądek.
Zakładam czapkę – przecież jest zima, to się nosi czapkę. Kamaaan.

Pomóc ci w czymś?
Daj, ja wniosę te siatki.
Pojadę do dziadków, posprzątam im mieszkanie.
Przecież wiesz, że potrafię na siebie zarobić.
Nie martw się.

Oboszszsz… Dziecko mi znikło! A dopiero zdążyłam się przyzwyczaić…

9 komentarzy:

  1. Wróci. Prawdopodobnie. Za jakieś 10 lat, albo i wcześniej/później - jak się własnego potomstwa dochowa.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jezus Maria, posikalam się i poplakalam ze śmiechu!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ech... cala Asia...i cale Dziecko...najbliższe sobie osoby...

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny tekst, gratuluję. W sumie podwójnie i tekstu i znikającego dziecka.

    OdpowiedzUsuń
  5. Uśmiałam się i czekam trochę, żeby czasem i moje zaczęło znikać;) Narazie się trzyma;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie strasz! To mija przerażająco szybko!
    U mnie obcasy też już się pojawiają (choć na razie o 5 numerów za duże :)))
    A i na USG małe zniknięcie było. Ale tylko nogi.
    Ślizgała się pani dochtórka po moim brzuchu i ślizgała, mamrocząc sobie pod nosem: Gdzie ta druga noga, no gdzie się podziała ta druga noga ...
    Grunt, to profesjonalizm!
    Zaliczyłam też zniknięcie najmłodszej w parku. Po prostu sobie wyszła.
    Przypadkowi przechodnie, którzy ją znaleźli, nie chcieli nam jej oddać, bo nie wierzyli, że ktoś tak głupi i nieuważny może być rodzicem!
    Także masz rację ... znikanie, to domena dzieci.

    OdpowiedzUsuń
  7. Pamiętam, gdy mnie moja mama do akademika odwoziła.
    Zapłakana była i mówiła: "No i znikasz. Już nie będziesz nigdy mieszkać z nami". I miała rację, kobieta ;) W czasie studiów wzięłam ślub i zniknęłam z domu rodzinnego.
    Teraz powoli znika reszta mojego rodzeństwa. Mama przeżywa to już spokojnie. Widać, że mniejsza ilość ludzi w domu ją relaksuje:D
    ___
    www.napaluszku.wordpress.com

    OdpowiedzUsuń
  8. Piękne. Po prostu piękne :D

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.