27 stycznia 2014

Do poczytania. Jak nie zostać Matką Roku - poradnik.

Niby takie jesteśmy na to uodpornione, ale... koniec końców każda mama, choćby po cichu, weźmie udział w konkursie na Matkę Roku. Wyczyści, ugotuje, wypierze, uprasuje, w wersji ekstremalnej rączki wrzatkiem wyparzy, bo podstępne bakterie czają się wszędzie. Oczywiście na tym poletku polegniemy - nie dziś, to jutro. Niektóre nawet bez wytrzutów sumienia.
Jak to było u Oliwii, mamy dwójki rozrabiaków, autorki blogów Countrygirl i Pozytywna mama? Poczytajmy.

No i bęc! W miniony weekend ostatecznie i definitywnie pożegnałam się z szansą na zwycięstwo w corocznym / permanentnym (niepotrzebne skreślić) konkursie o tytuł Matki Roku. Jeszcze się łudziłam, że może... że tym razem... jakoś... Ale nie, stało się - dałam Synowi parówkę! Dziecku jedenastomiesięcznemu! O zgrozo!
Nie, żeby od razu całą do łapy. Zadławiłby się i tyle byłoby z rozszerzania diety. Pokroiłam na kawałki - na tyle małe, by nie miały szansy wpaść "nie w tę dziurkę", na tyle duże, by mógł poczuć ten jedyny i nieporównywalny z żadnym innym smak zmielonego mięsnego odpadu (ale, ale - jak byk na opakowaniu stało: 93% mięsa w mięsie!). Oczywiście zjadł z nieukrywaną radością. Chyba zasmakowało, bo po każdym kawałku patrzył na mnie tymi swoimi lazurowymi oczkami krzycząc: "daj!". Więc jak matka ma nie dać? No i wciągnął pół parówy!

Znów naszła mnie refleksja złowroga. Kim jestę? Jestę WYRODNOM MATKOM! No bo - dajmy na to - jakże, ach, jakże pozwolić, by małe dziecko oglądało TV (nie... nie Mini Mini, tylko Fakty z rodzicami, w najlepszym wypadku TeleToon ze starszym rodzeństwem). Trzęsie tym, co mama w genach dała, słysząc tefałenowe jingle czy piosenkę tytułową z "Littlest Pet Shop". Pozostałe grzechy na sumieniu? Proszę bardzo. Nie sterylizuję butelek ani smoczków. Mało tego! Smoczek-uspokajacz też podaję.... Pluszaki wszystkie zbieram do kupy raz na jakiś czas, wrzucam do pralki i nastawiam na
program 60°C. Klocków nie myję każdego wieczora. Gryzaki obryzgam wieczorem wodą z kranu. I co najgorsze - mam to w poważaniu! Ponoć przy drugim dziecku to standard, ale jednak... Chlast po łapkach!

Jest taka sytuacja: dziecko całuje się z kotem i psem. W tym obrazku coś rozczula. Ha! To nie koniec! Czekam aż zacznie wyjadać z psiej miski, bo świeżo rozlane mleko już zlizywał z podłogi niczym kot. Z drugiej strony - nowego znaczenia nabiera dla mnie powiedzenie: "pies ci mordę lizał". Lizał, lizał - wylizał nie raz. O dziwo - dziecko żyje, nie choruje, nie ma robaków i jest przeszczęśliwe, widząc sierściucha i kudłacza w pobliżu. Ostatnie przygody z rotawirusem zmiotły pół rodziny, tylko nie jego. Więc z tą sterylnością chyba jest coś nie halo. A może po prostu za dużo czytam o hignienie?

Teraz będzie najgorsze. Tylko dla czytelników o mocnych nerwach! Mój syn chodził wiosną, latem i wczesną ciepłą jesienią bez czapeczki!!! Tak. I na dodatek bez skarpetek, oburzając tym większość lokalnej społeczności. Nie był trzymany w betach, spał w pokoju z non stop otwartym oknem i w zasadzie od początku ubierany był na noc w piżamkę, by mógł swobodnie machać bosymi stópkami i podgryzać paznokcie z palucha. Cysorz to ma klawe życie...

Mimo wszystko jestem chyba normalna. Bo moje potomstwo jest szczęśliwe i niechorowite. Ale, pomimo że staram się nie konfrontować swoich poczynań z innymi mamami, czasem jednak woła do mnie z głębokości jakiś głos wewnętrzyny: "oj, niedobra ty, niedobra!". W poczuciu winy i żażenowaniu oraz aby zagłuszyć matczyne wyrzuty sumienia, pędem biegnę do kuchni, gdzie warzę domową strawy dla dziecięcia mojego. Hurtem - na cały tydzień. Bez konserwantów. Bez sztucznych barwników i zagęstników. Pure natural! Ot co!

6 komentarzy:

  1. Świetni poradnik :) W czasie jej lektury przypomniała mi się mina teściowej na wiadomość, że do spania w zimie nastawiam w sypialni temp 18 stopni.

    OdpowiedzUsuń
  2. Boskie i takie prawdziwe.... :)

    OdpowiedzUsuń
  3. wypisz, wymaluj Ja:)

    OdpowiedzUsuń
  4. nie ma co się rozwodzić tylko pisać poradnik, bo może większość mam nie przyzna Ci tytułu mamy roku, ale jak dla mnie masz go w kieszeni. Robiłam dokładnie tak samo i robię do dzisiaj....chwała za to

    OdpowiedzUsuń
  5. Odgrzebałam całkiem przypadkiem ten blog (tak! całkiem przypadkiem, bo nie nurkuję na co dzień w internecie mimo niewielu wiosen) i ... płaczę ze śmiechu!!! Dzisiaj mam termin porodu tak na marginesie i mam nadzieje, że ten śmiech nie pójdzie na marne. Serdecznie pozdrawiam autorkę i dziękuję za tak życiowy poradnik!

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.