18 czerwca 2012

W Paryżu to by się nie zdarzyło

Dziś na łamach MbL debiutuje Alicja, mama autystycznego Antosia, autorka http://nie-po-kolei.blogspot.com.

Wśród styropianizmu i pastelozy, wśród budek z kebabem, pralni i aptek, nieopodal najbrzydszej stacji metra w mieście rozegrał się dramat. Tym większy, że nic go nie zapowiadało - matka i syn spędzili miłe popołudnie w parku Pole Mokotowskie, chrupiąc biszkopty, zrywając dmuchawce, obserwując jedyny czynny zawór fontanny i miło rozmawiając wśród uśmiechów i przytulań. Zaczęło się już pod ziemią. Autystyczny chłopiec zmuszony został do zajęcia miejsca w nieprzegubowym wagonie. Daremnie matka tłumaczła, że metro warszawskie przegubowych składów nie posiada i jeśli ktoś ma ochotę na przejażdżkę takowym, powinien udać się do Paryża.

- Ale to metro ma poduszeczki wysmarowane olejem! Nie lubię poduszeczek wysmarowanych olejem! - zawodził mały.

Matka wolała nie komentować, gdyż nie była do końca pewna, o co chodzi. Tymczasem skład dotoczył się do ich stacji. Było późne popołudnie i zaczynały się już codzienne dantejskie sceny. Zwykle o tej porze trzywagonowe tramwaje marki Konstal N13 co pięć minut wypluwały z siebie niezliczone dziesiątki (a może nawet i setki) pracowników korporacji, kończących ośmiogodzinną zmianę w pobliskich kompleksach biurowych. Pracownicy ci tłoczyli się następnie na peronie owej najbrzydszej stacji w całm metrze, by stąd udać się do swych hipotecznych lub wynajętych mieszkań.

Okoliczności nie sprzyjały rozładowaniu narastającej dziecięcej histerii, zwłaszcza u nieprzewidywalnego autystyka. Matka dokonała błyskawicznej kalkulacji i postanowiła jednak wyprowadzić syna na powierzchnię. Niebezpiecznie byłoby pozwolić chłopcu położyć się na peronie i czekać na koniec ataku. Poza tym, umęczonym pracownikom korporacji należało raczej oszczędzić takiej sceny.

- Wolisz wyjść schodami, czy windą? - zadała chłopcu ostrożne pytanie. Łudziła się, że jakoś odwróci jego uwagę, że może jazda windą poprawi mu humor.
- Lustrem!!! Chcę wyjść lustrem! - wydarł się chłopiec.

Mimo woli uśmiechnęła się, wyobrażając sobie, co mogłoby spotkać autystyczne dziecko po drugiej stronie lustra. Uśmiech jednak szybko spełzł z jej wysmarowanej tanim podkładem, lecz wciąż jeszcze młodej i urodziwej twarzy - oto syn usiłował jednocześnie zatykać sobie uszy, ugryźć ją w rękę i rzucić się na torowisko. Chcąc nie chcąc, mocno chwyciła dziecko za nadgarstek i opętańczo wyjące wyprowadziła na powierzchnię. Wiedziała już, że trzeba jak najszybciej dojść do domu, na ulicy nie będzie szans na rozładowanie napięcia. Syn nieco ucichł, rozluźniła więc uścisk. Była zmęczona, zaczynała ją boleć głowa, a ciężarna macica nieprzyjemnie uciskała pełny pęcherz. Szybko stało się jasne, że popełniła błąd. Rozwścieczony pięciolatek rzucił się przed siebie. Na szczęście kierowca, który wyjeżdżał ze styropianizowanego termicznie osiedla jechał bardzo wolno. W jednej chwili rozległ się dźwięk klaksonu i krzyk matki, która na chwilę straciła nad sobą panowanie i zapomniała o kampaniach społecznych (które, skądinąd, popierała) oraz rodzicielstwie bliskości.

- Stój, kretynie zasrany!!! - wrzasnęła, co okoliczny pijak skwitował komentarzem: - Na smycz gnoja wziąść, jak psa!

Nie zwracając uwagi na przedstawiciela marginesu społecznego dopadła syna i znów chwyciła za nadgarstek, odciągając w bezpieczne miejsce, na blokowe podwórko. Do domu było już niedaleko. Postanowiła jeszcze raz spróbować - a nuż się uspokoi i będzie można bezproblemowo dojść pod własny blok?

- Pić! Chce mi się pić! - krzyczał chłopiec, wyciągnęła więc z torebki małą butelkę wody mineralnej. Natychmiast została nią oblana i dodatkowo otrzymała mocny cios. Na szczęście zdążyła zasłonić brzuch. Zdusiła też w sobie atawistyczny odruch, który kazał jej odpowiedzieć ciosem równie mocnym, a nawet mocniejszym, takim co by strącił z karku tę jasną głowę i raz  na zawsze położył kres tej chorej sytuacji. Schyliła się po dziecko, które wiło się po brudnym asfalcie i wzięła je, krzyczące, plujące i wierzgające na ręce. Ruszyła w stronę domu.

- Dziecko! Odczepiło mi się dziecko z brzucha! - krzyczał pięciolatek. Przypomniało mu się widać, że teraz matka nie powinna go nosić, gdyż może to mieć poważne konsekwencje.

Postawiła więc syna na osiedlowej alejce. Tu było bezpiecznie, żadnych samochodów.

- Idziemy do domu, Kotku - oświadczyła spokojnie i ruszyła przodem. Chłopiec usiłował protestować, opóźniać marsz, lecz była nieugięta. Dotarli pod klatkę. Wpisała kod domofonu i ostatnim wysiłkiem wciągnęła opornego, wciąż wrzeszczącego chłopca na pierwsze piętro. Rzucił się do ucieczki, gdy tylko zatrzasnęła drzwi mieszkania, więc na wszelki wypadek zamknęła je jeszcze na górny zamek. Jej syn położył się na podłodze i jął walić pięściami w gres, którym wyłożono przedpokój. Po chwili dołączył walenie głową, ale już nie zwracała na to uwagi. Nigdy nie walił tak, by zrobić sobie krzywdę - zawsze chronił nos. Z ulgą skorzystała z toalety i umyła ręce. Weszła do pokoju i chwyciła leżącego na sofie beddinge świeżonaładowanego iPada. Na Facebooku czekało na nią mnóstwo powiadomień. Przejrzała też ostatnią "Politykę". Wrzaski w przedpokoju cichły, przechodząc powoli w żałosny jęk. Ustało też rytmiczne walenie. Wiedziała, że zaraz będzie po wszystkim. Dziecko było wyczerpane.

- Ooo! Ooo! Jestem w pułapce! - dobiegła ją skarga. - Ooo! Ooo! Nie mogę wstać.

Podeszła do leżącego na podłodze syna, wyciągnęła do niego ręce i powiedziała spokojnie:

- To chodź, kochanie, ja ci pomogę.
Dowlokła słaniającego się chłopca do kanapy.
- Pomóc ci zdjąć buty?
- Tak, pomóc.

Pochlipywał jeszcze, ale w jego oczach nie było już obłędu.

- Widzę, że bardzo się zmęczyłeś... Tak długo płakałeś... Dlaczego, Kotku?
- Bo ja mam w ciele takie igiełki, i one się we mnie wbijają...
- I dlatego musisz wtedy tak krzyczeć?
- Tak, bo ja mam w sobie takie igiełki. Mamusiu, chłodno mi.
- To ja cię przykryję kocykiem. A chcesz się przytulić?
- Tak.

Ostatnie chlipnięcie, chwila wspólnego milczenia.

Była wyczerpana, w środku cała się trzęsła. I wtedy syn jasnym, czystym głosem, z uśmiechem na ustach zadał jej pytanie:
- Mamusiu? A tramwaj nowoczesny to jakie ma światełka?

Tego wieczoru bardzo żałowała, że nie może wyjść na balkon z papierosem, popijając zimne piwo Kasztelan.

7 komentarzy:

  1. Poczułam do szpiku kości.

    OdpowiedzUsuń
  2. I nie tylko dlatego, że u nas było blisko...

    OdpowiedzUsuń
  3. Brawo!
    Bardzo mi się podoba, chociaż mocne jest rzeczywiście.

    OdpowiedzUsuń
  4. jak to czytam to sie zastanawiam czy mój trzylatek tez nie ma autyzmu czy tylko taka buntownicza natura.

    OdpowiedzUsuń