23 stycznia 2012

Do poczytania: Rodzina nuklearna

Zapraszam do lektury wpisu Małgosi, autorki bloga manufakturaradosci.blox.pl. Bardzo mi się podoba, a Wam?

Człowiek, w ciągu ostatnich kilku milionów lat, zmienił właściwe wszystko, poza samym sobą, swoją konstrukcją psycho – fizyczną i potrzebami, które z niej wynikają. Żyjemy zupełnie inaczej niż nasi pra praprzodkowie, świat wywrócił się do góry nogami, ale to czym byliśmy i czym jesteśmy łączy prawie idealny, niezmienny i oczywisty znak równości.  Kilkaset lat to za mało, aby zmienić genetyczne i społeczne przeznaczenie człowieka; pozornie jesteśmy dostosowani do warunków, jakie zastajemy na Ziemi, ale w głębi duszy i ciała cierpimy i zmagamy się z problemami, bo nie jesteśmy w stanie w pełni funkcjonować w tym, co sami dla siebie wymyśleliśmy i zaprojektowaliśmy.

Dzisiejsza rodzina; środowisko, w którym przychodzą na świat dzieci, zupełnie się zatomizowała. Kiedyś młode pokolenie wychowywała wioska; społeczność; dziś jest to para ludzi, która często nie potrafi unieść odpowiedzialności i obciążeń jakie się z tym wiążą.  Antropolożka i badaczka więzi, Dr Evelin Kirkilionis mówi o tej sytuacji tak: „Natura nie przewidziała dla nas szklanych biurowców i życia w nuklearnych, dwuosobowych rodzinach. Dlatego w naszym kręgu kulturowym zwłaszcza sytuacja matki – która jako karmiąca ma szczególną rolę do odegrania w życiu dziecka – jest szczególnie skomplikowana. W żyjących bliżej natury kulturach nie spotyka się czegoś takiego jak baby-blues, czyli lekkiej depresji pojawiającej się mniej więcej trzeciego dnia po urodzeniu dziecka – bo to nie wahnięcia hormonalne, jak się powszechnie sądzi, odpowiadają za pojawienie się tego spadku nastroju, ale właśnie aspekt kulturowy. Rzeczywistość, w której rola matki sprowadzona zostaje do zdegradowanej społecznie i pozbawionej wsparcia opiekunki na 24-godzinnym dyżurze, która w dodatku słyszy, że ponosi całą odpowiedzialność za przyszłą osobowość narodzonego właśnie dziecka, może zwalić z nóg nawet najodporniejszą osobę.”

Nuklearna rodzina, a szczególnie nuklearna matka to zjawiska śmiertelnie niebezpieczne. Zamknięcie w czterech ścianach, z maluchem, który wymaga nieustannej troski, uwagi i zaangażowania, odcięcie od życia społecznego, od kontaktów z dorosłymi ludźmi, snucie się po swoim własnym domu jak po więzieniu, wieczne oglądanie tych samych twarzy;  nie może prowadzić do niczego dobrego.

Bycie z dzieckiem na pełen etat nie jest sielankowe, ani łatwe. Trzeba radzić sobie z emocjami, z poczuciem osaczenia, osamotnienia, z presją społeczną, z monotonią codzienności. Trudno to robić bez wsparcia i wychodzenia z domu.  Odkąd zostałam mamą, uczęszczałam na dwa cykle babskich spotkań dla matek z małymi dziećmi, regularnie chodzę do kina na seanse dla mam, zabieram córkę, w różne, przyjazne nam obu miejsca. Gdyby nie te wentyle bezpieczeństwa w postaci możliwości odreagowania codzienności i zmiana krajobrazu za oknem, nie wytrzymałabym tak długo w domu. W rzeczywistości idealnej, takie formy spędzania czasu powinny być refundowane tak jak prozac:  poprawiają nastrój, sprawiają, że nabiera się dystansu, odreagowuje stresy i zaczyna myśleć w nowy sposób.  Wyjścia z dzieckiem nie zastąpią samotności i samodzielnych wypraw w niedzieciowy świat, ale pomagają organizować codzienność, która w czterech ścianach staje się czasami nie do zniesienia.

Dlatego apeluję do Was Drogie Mamy: nie zbierajcie nuklearnej złej energii i nie dręczcie nią siebie i otoczenia: szukajcie swojej wioski, towarzystwa, nie skazujcie się na samotność. Od wieków dzieci towarzyszyły rodzicom w codzienności. Dziś to rodzić niejako towarzyszy dziecku, podporządkowując mu czasem wszystkie aspekty swojego życia. Takie zatomizowanie wokół małego człowieka nie służy nikomu; ani jemu, ani nam. Czas przywrócić właściwe proporcje; do dzieła!

2 komentarze:

  1. Oj taaaaaaak!! A jeśli mamy z kim zostawić malucha chociaż na chwilkę, to korzystajmy z tego ile tylko się da! Bo wiadomo, mama kocha swoje dziecko bezgranicznie, ale przebywając z nim cały czas, w dodatku sam na sam, może po prostu zwariować;) i normalnie, po ludzku, mieć dość. Trzeba mieć możliwość odstresowania się, spędzenia czasu poza domem i bez dziecka, tak dla własnego zdrowia psychicznego:)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.