29 lutego 2012

Do poczytania: Będąc Matką Amerykanką

Dziś notka Kariny, mamy wesołej czwóreczki, której przygody opisuje na blogu http://trojaczkiplusjeden.blogspot.com. Pochwała slow parenting i dające do myślenia zestawienie matki Amerykanki i matki Polki.

Dwa lata. Tyle minęło od czasu, kiedy rzuciłam robotę w diabły i rozpoczęłam karierę domową u boku czwórki dzieci. Jak mi jest? Nadal uważam, że była to jedna z najlepszych decyzji, jakie podjęłam w życiu.

Sielanka, zwana też siedzeniem w domu, trwa. Moje podejście do wychowania dzieci generalnie w Polsce trąci myszką. Mam wrażenie, że wiele jeszcze upłynie wody w lokalnej Dłubni zanim się mądre głowy zreflektują, że nie tędy droga. Bo u nas to się dopiero zaczęło i nadal wierzymy (bo jak tu nie wierzyć!), że tak trzeba, nie ma wyjścia, musimy dzieciaka wyposażyć we wszelkie umiejętności, inaczej nie poradzi sobie w wyścigu szczurów. I będzie gorszyyyyyy.

Na pocieszenie swoje i nielicznych dodam, że w Stanach, gdzie wszystkie moje dzieci się urodziły i początkowo szczęśliwie edukowały, etap zarzucania malucha obowiązkami przechodzi do lamusa. Zataczamy koło. Wracamy do tego, co było. A że garściami czerpiemy z Ameryki, w końcu slow parenting przyjdzie więc i do nas. Zakład?

Pokolenie wierzących w to, że można osiągnąć więcej, jeśli zacznie się wcześniej i będzie nad dzieckiem odpowiednio pracować, wychowało wielu dzisiejszych amerykańskich CEO. Zdecydowanie więcej wyszło im jednak osobników z zaburzeniami emocjonalnymi, nadwagą, nerwicą, wpisanymi w kalendarz regularnymi wizytami u terapeuty i… bardzo przeciętną pracą. Coraz więcej matek oddaje dzieciom dzieciństwo. Ma być czas na zabawę, na nudę, leżenie na dywanie, przytulanki, domową rutynę z plasteliną i kredką, drzemkę i odpoczynek, bez pośpiechu, bez masy zajęć dodatkowych, wystarczy dobra szkoła i soccer albo balet.

Bez porównywania się nawzajem, bez wiecznego oglądania się za siebie i na dzieci sąsiadów bo one to już… Doświadczyłam, jak bardzo matka Amerykanka czuje się pewna siebie, swoich wyborów i sposobu, w jaki opiekuje się dzieckiem. Doświadczyłam też, jak bardzo matka Polka stoi pod pręgieżem społecznych ocen, łatwo ulega wpływom, jest bombardowana dobrymi radami i polecanymi przez "specjalistów" (od marketingu raczej) sposobami na wszystko co dziecka dotyczy – od wyboru smoczka, przez szczepienia, syropki, językowe przedszkole, na wyborze odpowiednich studiów skończywszy. Daliśmy się zwariować, skala rynku „dzieciowego” w Polsce poraża – poradniki, poratele internetowe, gazetki dla dzieci, o dzieciach, dla mam, o mamach, dla rodziców, o rodzicach i już same nie wiemy, co by jeszcze… Przypomina to raczej ciężką harówę, żeby ze wszystkim zdążyć i niczego nie zaniedbać. Inaczej, gorzej czuję się mamą w Polsce; nadal nie przyzwyczaiłam się do tego, że ktoś inny niż dzieci mnie z tej roli ocenia oraz… że muszę się w tej dziedzinie doktoryzować ;)

Styl rodzicielstwa slow parenting jest mi bliski. Staram się, aby w naszym domu dzieci nie żyły w pośpiechu i poczuciu, że ciągle coś, gdzieś muszą, dokądś się spieszą, coś je ominęło i są od kogoś gorsze. Jeszcze mają na to czas. Nie chcę się poddać nurtowi wpływów, że w poniedziałek psycholog, we wtorek logopeda, potem poradnia, lekarz od tego, lekarz od tamtego, warsztaty, angielski, basen, joga, karate, pianino, po drodze ADHD, znowu psycholog i koło się zamyka. Mama i tata – trenerzy małego skauta zdobywającego kolejne sprawności – sami zabiegani, zapracowani, ale przecież nie robią tego dla siebie, robią to dla dziecka. Tylko, czy aby na pewno dla niego?

28 lutego 2012

Do poczytania: Kaloryfer

Witamy na MbL nową Autorkę - DJ.Mamę, często widywaną na latte24. Pisze o sobie: "Zalatana Kura Domowa o duszy orła, która usiłuje pogodzić Kurnik z urzędową Grzędą". W kategoriach naszej antologii jest to niewątpliwie Matka zaawansowana :-)

Są takie błogie chwile w życiu rodzica, gdy każda sekunda spokoju w pustym domu, jest jak wyciszony ocean, gdzie słońce i morska bryza daje ukojenie skołatanym nerwom, a szum fal pieści zmysły. Lubię te chwile, napawam się nimi zachłannie, bo nigdy nie wiadomo, skąd przyjdzie tsunami.

Wróciłam do tego oceanu spokoju wcześniej niż planowałam, zaparzyłam sobie kawkę, włączyłam muzyczkę relaksacyjną i zasiadłam do komputera, by dokończyć pracę. Czekając na załadowanie programu, zajrzałam do Librusa (takiego szpiegowskiego programu dla rodziców). No i szlag trafił moją błogą ciszę!!! Przed oczami migały mi 4 pały!!! Cztery pały mi migały i to z jednego przedmiotu w jednym dniu!!! Nie był to niestety błąd systemu, gdyż każda pała była z czego innego. O pomyłce to raczej nie miałam co marzyć. Toż to Rodzinny Rekord Guinessa!

No tak się zagotowałam, że aż para mi buchała wszystkimi otworami. Wpadłam do kuchni, sięgnęłam do szuflady, gdzie leżały zakamuflowane fajki. Nosiło mnie okrutnie. Wyciągnęłam cygaretę, wskakując jednocześnie w buty, chwytając smycz i klucze… Próbowałam się opanować, ale efekt był taki, że omal nie zapaliłam psa i nie wyprowadziłam papierosa na spacer. Siadłam, puknęłam się w głowę (o wieszak), wyrzuciłam fajki, dopięłam Kudłatego do panela sterującego i pognałam na świeże powietrze, by ochłonąć. Nie wiem, ile tak latałam dookoła bloku, ale sądząc po psie, musiało to już trochę trwać, bo kundel właśnie przydeptywał sobie jęzor i łypał na mnie nienawistnym wzrokiem.

W domu wylałam kawę, zaparzyłam melisę i przypominałam sobie histerycznie wszystkie metody relaksacyjne, by odzyskać choć w połowie utracony spokój. Musiałam jakoś zapanować nad skołatanymi nerwami, bo jak dotąd miotała mną jedna myśl – urwać Nastodzieciowi łeb przy samym tyłku i Hamleta zagrać!

W końcu doczekałam się. Przyszło do domu Dziecię marnotrawne, rzuciło plecaczkiem i od progu zawołało:

— Co na obiad?

„Kurczę, jaki obiad?” – pomyślałam, świat się wali, a ona mi tu coś o przyziemnych sprawach –„ Zupa, jest jeszcze jakaś wczorajsza zupa w garze. Zajmę się pichceniem, to może mi przejdzie. Tylko bez ostrych narzędzi, bo tak mi ręce latają, że w trakcie tego pichcenia, gotowam sobie kończyny poskracać”

Po zupce, która jakoś nie chciała mi przelecieć przez gardło (a chlipałam przecież samo rzadkie), siląc się na spokój, zapytałam:

– Widziałam dzisiaj w Librusie las pał z chemii. Chcesz mi coś wyjaśnić?

— To nie las pał, tylko zwykły KALORYFER z czterema  żeberkami – usłyszałam w odpowiedzi.

— No ja wiem, że uczeń bez lufy, to jak żołnierz bez karabinu, ale wytłumacz mi, na jaką cholerę tobie cały arsenał? – usiłowałam ustalić fakty

— Bo to było tak – zaczął Nastodzieć – ja miałam klarowną sytuację, to myślałam, że będzie gnębić tych, co to są zagrożeni, ale okazało się, że ostatnią kartkówkę, tę co to była z materiału, na którym nie byłam, to napisałam na pałę. No to pani mnie zapytała z tego ostatniego materiału, którego nie kumam. No i dostałam drugą pałę. Pani się uparła, że mnie wyciągnie i zażyczyła sobie zeszyt. A ja w tym zeszycie nie miałam trzech ostatnich lekcji, bo na dwóch mnie nie było, a trzecią pisałam na kartce, bo i tak nie kumałam i myślałam, że jak mi siostra wytłumaczy, to wtedy wpiszę wszystko. No i za ten brak lekcji dostałam trzecią pałę. A ta czwarta za zeszyt z zadaniami domowymi. No bo ja te zadania pożyczyłam Karolinie (bo ona cienka jest i chciała sobie spisać), a ta małpa nie przyszła do szkoły i za brak zeszytu dostałam czwartą pałę. I od tych czterech pał obniżyła mi się ocena na semestr – zakończył Nastodzieć zawiłe tłumaczenia.

Żal mi się zrobiło Nastodziecia, a do tego głupawka jakaś mnie ogarnęła, że o mało co powagę sytuacji szlag by trafił, więc zarządziłam odwrót.

— Porozmawiamy o tym wieczorem, gdy tato wróci – zakomunikowałam

A wieczorem pokazałam Tacie Dzieciów ten sławetny KALORYFER w dzienniku elektronicznym, w oczekiwaniu wielkim na jakieś mądre rozwiązanie problemu.

— Te pały wyglądają, jak sztachety w płocie – zakomunikował na wstępie Tato Dzieciów.

— Tu nie o wygląd chodzi, tylko o naszą reakcję na te pały. Musimy coś z tym zrobić, by się Dzieciowi we łbie nie poprzewracało…

— To nie my mamy coś zrobić, tylko… Młooodaaa – krzyknął Tato w kierunku pokoju Nastodziecia, a gdy ten przycwałował przed oblicze Rady Starszych, zapytał spokojnie:

— I jak skomentujesz ten żałosny występ z opłakanym finałem, z KALORYFERM w roli głównej?

— Ja to się nawet cieszę… – zarżał Nastodzieć, niczym tonący koń na bagnach – cieszę się, że te pały zebrałam po Nowym Roku, bo i tak pewnie nałożycie mi jakiś szlaban, a tak przynajmniej zdążyłam wyprawić Sylwestra …

— I tu jesteś w błędzie – zakomunikował Tato Dzieciów – żadnych kar zastępczych nie mamy zamiaru ci nakładać. Jak już masz się wściekać, to tylko na siebie, nas w to nie mieszaj. Sama narozrabiałaś, to teraz sama sobie to odkręcaj. Jeśli ten KALORYFER nie jest wystarczającą karą za twoje gapiostwo, to my już nic mądrzejszego nie wymyślimy, by ci rozum na miejsce powrócił.

— Właśnie! – przytaknęłam, bo tylko na tyle mnie było stać po tak ciężkim dniu.

24 lutego 2012

1% dla Mikołajka

Aby przekazać 1% podatku na rzecz Mikołajka, wypełniając odpowiednie rubryki w rocznym zeznaniu podatkowym PIT za rok 2011 (28, 36, 36L, 37, 38, 39), należy wpisać:

KRS: 0000037904

W rubryce "Informacje uzupełniające - cel szczegółowy 1%"

prosimy wpisać:

13401 Kamiński Mikołaj

Wszystkim, którzy zechcą pomóc, przekazując 1% swojego podatku Mikołajkowi, z góry serdecznie dziękujemy!

MbL na obrazku

Dziś debiutuje u nas Rogal. To jest jej strona, a tu są jej rysunki. Zajrzyjcie koniecznie, dla mnie bomba! Ten poniżej powstał specjalnie dla MbL. Dziękujemy bardzo :-)

22 lutego 2012

Rozmowa w programie Uwaga po Uwadze

Zapraszam do obejrzenia rozmowy w programie Uwaga po Uwadze z 14 lutego, którą emitowała niedostępna wszystkim TTV. Martyna Aftyka rozmawiała z Foksal Joanną i Chudą Dorotą. Chuda wystąpiła jako koordynatorka "Macierzyństwa bez lukru", czyli mówienia również o ciemnych stronach bycia matką, Foksal w roli opozycjonistki - uważa bowiem, że kobiety, które mają zdrowe dzieci i dobre życie nie powinny tracić czasu na narzekanie.

17 lutego 2012

Wyróżnienie specjalne w konkursie Blog Roku 2011

W poniedziałek dostałam maila z prośbą o zachowanie jego treści w sekrecie do 16 lutego:

"W imieniu Organizatorów Konkursu mam przyjemność zawiadomić, że podjęliśmy  decyzję o przyznaniu Pani – jako autorce   bloga http://macierzynstwo-bez-lukru.blogspot.com – jednego z wyróżnień.

Uzasadnienie tego wyboru jest następujące:

- za niezwykłą inicjatywę angażującą ponad 30 blogerek, aby pomóc jednemu choremu chłopcu
- za pozytywne emocje, pomimo codziennej walki z przeciwnościami losu
- za chęć niesienia pomocy i pokazanie, jak wspaniałe, choć trudne może być macierzyństwo
- za zaangażowanie w akcję i stworzenie małej macierzyńskiej społeczności gotowej wesprzeć Mikołajka


Byłoby nam niezmiernie miło, gdyby zechciała Pani przyjąć to wyróżnienie i zaszczycić nas swoją obecnością podczas uroczystości wręczenia nagród na Gali Blog Roku 2011, która odbędzie się 16 lutego 2012 r. w Centrum Nauki Kopernik w Warszawie  o godzinie 19.30."


Odpisałam, że naturalnie, z przyjemnością przyjmę i obiecałam milczeć do Gali, choć mnie mało nie rozerwało. Co prawda prowadzący UWAGĘ Tomasz Kubat ogłosił to we wtorek po emisji reportażu, ale ja jestem honorowa: obiecałam milczeć, to nie kłapię dziobem i nie piszę na blogu.

Ale teraz już będę trąbić wszem i wobec :-) I chwalić się dyplomem i statuetką:



Dodatkiem do statuetki jest bon od firmy APART o wartości 1000 zł, który trafi do Ani, mamy Mikołajka i zostanie wystawiony na aukcję.


Ze sceny mówiłam, że przyjmuję nagrodę w imieniu wszystkich autorek i osób, które zaangażowały się w akcję na rzecz Mikołajka i podkreślałam, że naszym celem nie jest zniechęcanie do macierzyństwa, jedynie ukazywanie życia, które nie wygląda jak na okładce kolorowych czasopism. Później też mówiłam różne rzeczy, które zarejestrowała kamera Onetu. Załapałam się do galerii, tylko nie wiem, na kogo szczerzyłam kły (i siekacze).

W czasie after party ojciec Leon Knabit, który był jednym z laureatów tegorocznego konkursu,  uściskał mnie i pobłogosławił, kilka razy rysując na moim czole znak krzyża i mówiąc, że to co robimy dla Mikołajka jest dobre i pożyteczne. I że to, co on sam ma w sobie najlepsze, to ma dzięki swojej mamie.

Mamy zarówno błogosławieństwo ojca Leona jak i wsparcie TVN i Onetu. Zatem Alleluja i do przodu :-)

16 lutego 2012

O MbL w Radiu dla Ciebie

Zapraszamy do słuchania Radia dla Ciebie w piątek 17 lutego o 8.40 - Foksal i Małgosia będą mówić o "Macierzyństwie bez lukru".

Do poczytania: Cel pal

Dziś zapraszam do lektury notki Bajki, autorki Radzieckiego termosu, świeżo upieczonej mamy Jaśka i nieco już okrzepłej mamy Igora. Podwójne macierzyństwo to wyzwanie :-)

W życiu trzeba sobie znaleźć jakiś cel. Prócz określenia celu, dobrze byłoby też od czasu do czasu do niego dążyć, ale nie ma imperatywu. To tylko taka luźna sugestia, całkiem jak ceny drukowane na opakowaniach przez producentów. Jeśli mamy już cel, przydatne również bywają punkty odniesienia. Pozwalają one umiejscowić nasz cel nieco bardziej namacalnie w czasoprzestrzeni i sprawiają, że jego osiągnięcie wydaje nam się niekiedy całkiem realne.

Osobiście jestem zwolennikiem metody małych kroczków. Ale tylko jeśli chodzi o cel, bo już inne rzeczy to niekoniecznie, bardziej łychą ile wlezie. Tak więc wyznaczam sobie małe cele i lubię myśleć, że do nich dążę.

Dziś na ten przykład wyznaczyłam sobie cel, by nie oskalpować Starszego Syna albo nie zacząć go okładać Młodszym. Przynajmniej przez godzinę. Oraz liczyłam od jednego do dziesięciu miliard razy - ale mocno się musiałam skupiać by nie zacząć wspak, bo to jak wieść niesie działa niczym zapalnik. Takie niezwykłe w swej sile uczucia macierzyńskie wywołuje u mnie ćwiczenie przez Lokatora szlaczków. Samo zagonienie go do pracy graniczy z cudem i jak sądzę lepiej by mi poszło z wszczepieniem bypasów morskiej śwince tańczącej kankana. Uparty po mamusi. Szlaczków nienawidzi jak ozorów w galarecie i doszło do tego, że woli nawet sprzątać swój pokój na wysoki połysk, niż skrobać esy floresy w zeszycie ćwiczeń. Cała reszta w małym palcu a szlaczki... nie napiszę gdzie, sami się domyślcie.

Kaligrafia zdecydowanie nie będzie jego hobby.

W ogóle to bardzo radośnie jest w tym moim magicznym domu. Zwłaszcza gdy Książę Małżonek się oddali do roboty a ja zostaję z uroczymi pociechami, z których jedna ma kolkę i drze się jakby ją kto zaprosił na casting do heavy metalowej kapeli a drugiej akurat zaginęła ulubiona zabawka. I to z TYCH ULUBIONYCH.

Bo to jest proszę Państwa dramat. Taki w trzech aktach i gęsto usłany trupami. Nie wiadomo co robić najpierw. Zakneblować młodsze, wrzucić do łóżeczka, obezwładnić i biec na pomoc starszemu, który umiera z żalu i cierpienia a potrzebuje nas nie za chwilę a w tym dokładnie momencie (bo za chwilę przecież umrze)? Czy też ignorując pełen dramatyzm sytuacji wypowiedzieć w stronę starszego coś w stylu "nie martw się, znajdzie się na pewno" co wywołuje rozpacz bezdenną i jeszcze potężniejsze szlochy? Co byście nie zrobili jest źle. Idę więc na sygnale - bo Janek wyje jak straż pożarna - pocieszać Igora i we czworo - bo razem z kolką - szukamy zaginionego stwora z rodziny Lego Bionicle. Stwór zresztą jest tak obrzydliwy i paskudny, że na jego miejscu też bym zaginęła - czym prędzej i bez wieści. Stwór ma oczywiście jakieś imię ale składa się z właściwie samych spółgłosek i brzmi jak rzygający kot, względnie jakiś afrykański dialekt i to jeszcze wspak. Nie powtórzyłabym tego nawet po pijaku.

Po dwudziestu minutach gorączkowego przeglądania kątów na kolanach stwór odnajduje się, Starszy Syn wybucha szczęściem by po kilku minutach porzucić tak dotychczas ulubioną zabawkę i zająć się czymś zupełnie innym, a po minucie w ogóle oznajmić, że się nudzi, Janek prawie odgryza mi ramię przysysając się niczym glonojad a ja mam nieodpartą ochotę wyjść z siebie bardzo głośno trzaskając drzwiami.

Ale jestem dzielna i z uśmiechem seryjnego mordercy małych słodkich dziewczynek proponuję Starszemu, że zrobimy z koca namiot i zabawimy się w biwakowanie nad jeziorem, Młodszemu proponuję posiłek a sobie lornetę, czyli dwa głębsze... za jakiś czas.

Potem po kolei osiągam kolejne cele.

Kolacja - kanapka z miodem/dżemem/szynką/żółtym serem/czymkolwiek innym? Oczywiście kanapka to ostatnie na co ma ochotę mój miły Syneczek. Mleko i płatki? O nie, tylko nie to. Oczywiście sam nie wie na co ma ochotę, ale z pewnością nie jest to nic z tego, co wymieniam. Plecak do szkoły - tego nie pakujemy, to się nie nadaje, to nie takie, a tamto bez sensu. Myślałby kto, że to kwestia życia lub śmierci a nie zwykłego piórnika, temperówki i kleju w sztyfcie. Ubranie na jutro - to okropny niefart, że bluzka z Zygzakiem McQueen'em akurat jest w koszu z ubraniami do wyprania, bo akurat jutro jest ten dzień, w którym ON CHCIAŁ założyć akurat tę konkretną. Kąpiel - najpierw Jasiek, oczywiście z honorową asystą Brata, potem cały szereg czynności pielęgnacyjno-okołoniemowlęcych, o których trzeba po raz pięciotysięczny opowiedzieć ze szczegółami i pełnym wyjaśnieniem co, do czego, którędy i po co. Potem do wanny wędruje Igor a wanna również sprzyja jak powszechnie wiadomo nawiązywaniu konwersacji - a dlaczego właściwie nietoperze śpią jak jest zima? a po co ludziom tyle zębów i czy na pewno wszystkie trzeba myć? czy jak byłam mała to chciałam zostać strażakiem czy księżniczką? Urocze, boskie i niezwykle wzruszające... tyle że to wszystko niestety blednie niedocenione przy konieczności jednoczesnego skupiania całej swojej uwagi na Młodszej latorośli, która to akurat dziarsko i niepostrzeżenie puściła pawia na świeżo odprasowane ubrania.

Czarownie, nieprawdaż?

Oraz cowieczorne ćwiczenie cierpliwości pod hasłem - Igorku, do łóżka! Pójście do łóżka kojarzy się Lokatorowi wyłącznie pejoratywnie. Jest to absolutny kres wszystkiego co udało mu się osiągnąć przez cały dzień, bo przecież przed spaniem trzeba sprzątnąć zabawki i zniknie uroczy rozgardiasz, który tak mozolnie tworzył, a jeszcze tyle mógłby zrobić... Pójście do łóżka odwleka się w nieskończoność - chce się jeszcze coś zjeść, po jedzeniu trzeba umyć zęby, chce się siusiu, chce się pożegnać czule z Młodszym Bratem i potrzymać go za małą rączkę, chce się jeszcze raz przeczytać o przygodach Bolka i Lolka albo wylicytować jeszcze pięć minut w łóżku rodziców. Łóżko to koniec po prostu. Hmm. Minie jeszcze trochę czasu zanim dojdzie do wniosku, że wręcz przeciwnie, że łóżko to dopiero początek. Przynajmniej mam taką cichą nadzieję, że jeszcze trochę czasu minie.

Potem jest czas zasypiania Starszego Synka i wchodzimy znów w strefę Młodszego. Karmienie, przewijanie i takie tam bujanko-przekomarzanki. Jak kolka da za wygraną robi się nawet przyjemnie i dajmy na to można napisać notkę, albo odpowiedzieć na e-maile, albo sprawdzić czy świat jeszcze jest na swoim miejscu i co na nim słychać. Albo poczytać książkę. Obecnie czytam "Sekrety" Bakuły, Ibisz i Majewskiej. Wyborna - rechoczę co i rusz a do tego da się ją podczytywać na wyrywki i z doskoku.

Najbliższy cel mam dość prosty. Azymut na poduszkę i pozostaje obrać dobrą trajektorię lotu. W końcu nigdy nie wiadomo kiedy i w jakim humorze ocknie się Jasiek, za to wiadomo, że to nastąpi. Trzeba korzystać póki chrapie.

15 lutego 2012

Reportaż o macierzyństwie w UWAGA TVN

Tutaj reportaż online, dla tych, którzy jeszcze nie widzieli. Miłego oglądania.

 
Rozmowa w programie "UWAGA po UWADZE" z udziałem Pani Martyny Aftyki, Foksal i Chudej była bardzo  interesująca, mamy nadzieję, że też wkrótce pojawi się na stronie.

14 lutego 2012

Reportaż w TVN UWAGA

14 lutego w programie UWAGA TVN o 19.50 zostanie wyemitowany reportaż o byciu matką i "Macierzyństwie bez lukru". Tutaj zajawka. Zaraz po nim w programie "UWAGA po UWADZE" na żywo wystąpią Chuda i Foksal. Będziemy rozmawiać o tym, czy rzeczywiście warto mówić o ciemniejszych stronach macierzyństwa, bo może przesadzamy z jęczeniem i użalaniem się nad sobą?

Zapraszamy przed ekrany :-)

Informacje techniczne: Program "UWAGA po UWADZE" jest emitowany w TTV, dostępnym w telewizji kablowej i satelitarnej na wszystkich platformach cyfrowych oraz w ramach naziemnej telewizji cyfrowej. Szczegóły tutaj.

13 lutego 2012

"Macierzyństwo bez lukru" podbija polskie media ;-)

Kochani,
w miniony weekend w radiu i telewizji dużo się działo w temacie macierzyństwa, a szczególnie "Macierzyństwa bez lukru". W internetowym radiu WNET wypowiadała się idiomka, która szczegółowo i świetnie opowiedziała o naszej akcji i o samym macierzyństwie, które - jak piszemy w antologii - nie jest tylko słodkie i zaszczytne.

W towarzystwie pani Martyny Aftyki, która realizowała reportaż o nas, wystąpiłam w programie Dzień Dobry TVN, a w niedzielnej Kawie czy herbacie pojawiłyśmy się we trzy z Małgosią i Tomaszową. Zajrzyjcie koniecznie do Małgosi, pisze o tym, co chciała powiedzieć, ale zabrakło czasu - miałyśmy łącznie 6 minut.

To nie koniec triumfalnego pochodu MbL przez telewizory w polskich domach ;-) We wtorek 14 lutego o 19.30 zapraszamy do obejrzenia reportażu w UWAGA TVN. Zaraz potem w programie "UWAGA po UWADZE" porozmawiamy o naszej idei mówienia o ciemniejszych stronach macierzyństwa, w rozmowie udział weźmie także Foksal.

9 lutego 2012

Macierzyństwo bez lukru

„Macierzyństwo bez lukru” to akcja charytatywna matek-blogerek, która zaistniała w styczniu 2011. Najpierw wydałyśmy e-book, zbiór tekstów o macierzyństwie, który jest dostępny w formacie pdf, mobi i epub. E-booki można kupić w Oficynie Wydawniczej RW2010. W grudniu 2011 antologia ukazała się drukiem jako dodatek specjalny do pisma „Czas Kultury”, do numeru poświęconego [Anty]macierzyństwu. W październiku 2012 ukazał się e-book "Macierzyństwo bez lukru 2", dostępny w RW2010 i Legimi oraz pakiet, część 1 i 2 razem. Od grudnia 2013 dostępna jest trzecia część, w której wypowiedzieli się również ojcowie.

Głównym celem powstania antologii jest pomoc dla urodzonego w 2010 r. Mikołajka, chorującego na rdzeniowy zanik mięśni (SMA I). Cały dochód ze sprzedaży e-booków i część dochodu ze sprzedaży drukowanej wersji trafia na konto chłopczyka w Fundacji Dzieciom „Zdążyć z pomocą”.

Przy okazji niesienia pomocy Mikołajkowi nasz zbiór stał się ważnym głosem w dyskusji o współczesnym macierzyństwie, o jego ciemniejszych stronach, które nie nadają się na okładki czasopism, nie są popularne i nie przystają do obrazu czułej, dobrej, nieskończenie cierpliwej archetypicznej Matki. Nijak też się mają do pięknych zdjęć zadbanych, promieniejących celebrytek, które są fotografowane w kolorowych pismach ze ślicznymi, uśmiechniętymi dziećmi, a przeciętna Kowalska patrzy na to wzrokiem półprzytomnym i z kołtunem na głowie, bo dziecię nie spało pół nocy i teraz nie może dojść do siebie i próbuje umyć zęby kremem do stóp.

Kobiety, które mają dzieci w Polsce w XXI wieku nie chcą być ani Matkami Polkami, ani Superwomen, nie chcą stać na pomniku (bo co to za przyjemność być zanieczyszczaną przez ptactwo), chcą... No właśnie, czego chcą matki? Jaka jest ich codzienność, dylematy, udręki? Nasze mamy prały w płatkach mydlanych i prasowały dziesiątki pieluch dziennie. Wiek XXI dał nam pampersy, ale odebrał rodziny wielopokoleniowe. Jak to jest być matką dziś, w drugiej dekadzie XXI wieku? Czy możemy liczyć na wsparcie, czy jesteśmy pozostawione same sobie?

Część tych pytań padło na spotkaniu promującym najnowszy numer Czasu Kultury, relację naszej korespondentki Pierwszej publikujemy tutaj.

„Macierzyństwo bez lukru” to nie jest wydumana literatura, tylko samo życie – barwne, bujne, piękne i chwilami brutalne, ale bardzo szczere i prawdziwe. Nasz zbiór wzbudza żywe reacje, oto kilka przykładów:

Tekst świetny jak większość w Antologii, jako matka 2 dzieci utożsamiam się z dużymi fragmentami i tymi śmiesznymi i tymi smutnymi- bo macierzyństwo łatwe nie jest- ale i tak jest najlepsze na świecie- nikomu się tak łatwo nie wybacza jak swoim dzieciom- a dzięki tej publikacji i lekturze blogów tam cytowanych doszłam, że nie jestem INNA tylko jestem NORMALNA:) Pozdrawiam autorki
Katarzyna Misun-Nowak

Poczytuję zapiski innych mam-blogerek. Zebrane na papierze w tomie "Macierzyństwo bez lukru", żeby pomóc innej blogowej mamie i jej synkowi. Między pracą a pracą, między pracą a sprzątaniem i po szybkim zebraniu wieści od własnej córy. Nie wolno szybko i ciurkiem, lepiej po dwie trzy notki, żeby nie zgubić takiej perełeczki jak ta...
Magdalena Walusiak

W czasach, gdy moje dzieci były małe, nie istniała moda na internetowe blogi, nie było nawet takiej mentalności w społeczeństwie, by matka na bieżąco opowiadała, że jest zmęczona, zabiegana, wystraszona, chwilami przerażona, chwilami rozdarta.
Teraz są inne czasy. Te matki przełamują Tabu, przyznają się publicznie do emocji, o istnieniu których nigdy nawet siebie nie podejrzewały. Emocji, które nijak nie kojarzą im się z macierzyństwem. Niekiedy są tak samo tym faktem zadziwione, jak czytelnik.
Przeczytałam całą antologię "Macierzyństwo bez lukru", pogłębioną innymi wpisami tych matek na ich blogach. To nie jest tak, że one ciągle stękają, narzekają i jęczą, że są Matkami Samo Zło. One takie czasami bywają! Czasami nawet wbrew sobie (zostawiając płaczące dziecko w szpitalu, wciskając gorzkie lekarstwo na siłę...). Przeżywają dramat, odprowadzając dziecko do żłobka rano, wracając wieczorem... bo nie ma ojca, bo nie ma pieniędzy... Jest miłość, ale nie ma na nią czasu, pozostają wyrzuty sumienia.
To jest ich macierzyństwo pozbawione lukru, które tym się różni od mojego z czasów młodości, że ja nie "stękałam" (jak to ktoś gdzieś napisał), bo gdybym nawet chciała i potrafiła, to nie wiem, czy znalazłabym jakiegoś słuchacza poza własnym małżonkiem i czy odważyłabym się wtedy stękać publicznie. Obawiam się, że unoszący się nade mną Duch Matki Polki Wszechzadowolonej, i tak by mnie przed tym "stękaniem" powstrzymał. Złe emocje, które mną miotały, wyparłam z pamięci dość skutecznie (mam na myśli gigantycznie przemęczenie, strach o życie i zdrowie dzieci, wściekłość na siebie, na służbę zdrowia i cały otaczający nas Wszechświat).
Daleka jestem od oceny tych Matek w systemie zero - jedynkowym.
Nic na tym świecie nie jest idealnie czarne, ani idealnie białe. Światem rządzą wszystkie odcienie szarości:)

DJ.MAMA

Wielką burzę wywołałyśmy w serwisie latte24.pl.
Tam gromy posypały się na autorkę bloga fjakfrustratka.blox.pl, która posługuje się soczystą polszczyzną, a o swoich uczuciach pisze wprost. Notka Frustratki zainspirowała bywalczynie latte24 do obszernych wypowiedzi na temat własnych doświadczeń macierzyńskich:

Kiedy czytam  o tym jak kobiety nie cierpą być matkami, zastanawiam się co jest z ludźmi nie tak. Jak to się dzieje, że naturalne biologicznie dla kobiety macierzyństwo jest psychicznym i społecznym balastem.
Jestem pod tym względem dziwadłem, bo lubie moje dziecko. Lubię z nim być, robić razem różne rzeczy w domu. Prać, gotować, odkurzać. Jestem dziwadłem, bo nie wdaję się z sąsiadkami i ciotkami w pełne żalu narzekania, jak mi trudno, jak mi źle, jak ogranicza i męczy mnie "manie' dziecka i jak ono samo mnie wkurza. Ale nie zawsze tak było.

Więcej na blogu asiobhan.

Moje macierzyństwo we wczesnym jego stadium było kompletnie pozbawione lukru. Więcej – stanowiło zderzenie z tak twardą rzeczywistością, jakiej mało która matka żyjąca w mieście miała okazję doświadczyć.
Moje pierwsze dziecko urodziło się w najczarniejszych czasach PRL, gdy naprawdę dostać cokolwiek graniczyło z cudem.
Do tego warunki mieszkaniowe – tragiczne wręcz, poddasze w przedwojennej kamienicy – jedna izba bez wydzielonej kuchni, bez łazienki (!), bez ciepłej wody i ogrzewania, nawet bez kaflowego pieca – jedynie kuchnia węglowa. No i – całe szczęście – mała kuchnia gazowa na dwa palniki.

Więcej na blogu Mili Nowackiej.

Pojawiły się także głosy ojców, oburzonych „macierzyństwem” zamiast „rodzicielstwa” w tytule:

Czytanie tego, co kobiety-matki wypisują na Salon24 wywołuje we mnie poczucie głębokiego buntu. Nie mogę, jako ojciec i mąż milczeć bo widzę we wpisach matek model rodziny, w którym ojcostwo jest pominięte, dysfunkcyjne, wręcz pogardzane i kopnięte w d... Nie kwestionuję wyjątkowości relacji matki i dziecka, nie chcę nawet tego porównywać. Chcę natomiast wspomnieć o roli męża w chwilach, w których matce jest bardzo ciężko udźwignąć ciężar kłopotów macierzyństwa.

Więcej na blogu Piętaszka.

W drugiej części antologii autorki zmierzyły się z mitami i stereotypami związanymi z macierzyństwem. Czy dziecko cementuje związek? Czy jeden uśmiech dziecka wszystko wynagradza? Czy serce matki jest najlepszym drogowskazem? Czy matka ma zawsze rację? Jak szybko trzeba zmieścić się w dżinsy sprzed ciąży? Autorki odniosły się do poszczególnych zagadnień w oparciu o własne przemyślenia i doświadczenia, a skomentowała je psycholog pracująca z kobietami.

Z recenzji części drugiej:

Druga część antologii blogujących Mam to kolejna porcja niesamowitych tekstów z głębi brzucha, z głębi macierzyństwa. Wzruszające, ostre, odkrywcze. I pomyśleć, że świat matek kojarzony jest tylko z gadaniem przy piaskownicy o najnowszym modelu wózka - phi!
Dla wszystkich ciekawskich - tak wygląda mamowa jazda bez trzymanki.

Sylwia Chutnik, pisarka, prezeska Fundacji MaMa

Ile matek, tyle wizji macierzyństwa i emocji z nim związanych. W „Macierzyństwie bez lukru” każda kobieta znajdzie coś dla siebie. Teksty zamieszczone w antologii pozwalają zmierzyć się z tym, co zwykle - w obawie przed opinią innych - zamiatamy pod dywan.
Karolina Piękoś, psycholog pracująca z dziećmi i rodzinami, mama dwójki dzieci

Przeczytałam drugą część „Macierzyństwa bez lukru” jednym tchem. Świetne zmierzenie się ze wszystkim banałami i mitami, a poza tym prawdziwe, szczere, ludzkie, kobiece, różnorodne, smutne i z poczuciem humoru i poetyckie.
Katarzyna Soltan, portal Mamabu.pl

Gdyby pojawiła się idea namalowania obrazu współczesnej Matki Polki z całą pewnością rozgorzałyby dyskusje i debaty... Ruszyłaby machina stereotypów goszcząca w ważnych i poważnych głowach. Kto wie może nawet przydałoby się referendum .Wszakże wszyscy wiedzą, że matka jest najważniejsza... A jaka jest? Przeczytajcie drugą część „Macierzyństwa bez lukru”. Obraz namaluje się sam.
Julita Malicka, portal mamywsieci.pl

Macierzyństwo - doświadczenie totalne. Zupełnie powszechne, a jednocześnie skrajnie indywidualne. „Macierzyństwo bez lukru” znowu opowiada o jego różnych odcieniach. O trudnej do ogarnięcia i opisania miłości do dziecka po zabójczą i nudną rutynę codzienności z maluchem. Tym razem - oprócz dobrze znanych postaci internetu - również nowe gwiazdy - tylkospokojnie, Frustratka, kruszka. Trudno się oderwać.
Dominika Buczak, KARUZELA Magazyn

Kolejna porcja słodko-gorzkiego dania serwowanego przez matki-blogerki na śniadanie, obiad i kolację. Dania wyśmienitego, bo autentycznego, odartego z wszelkich zasmażek i panierek, za to okraszonego humorem (często czarnym) i ironią (często autoironią). Do czytania jednym tchem.
Ewa Świerżewska, redaktor naczelna portali Egodziecka.pl i Qlturka.pl

Antologia „Macierzyństwo bez lukru 2” jest wyborem tekstów związanych z macierzyństwem, rodzicielstwem, rodzicami i dziećmi. Nie jest to wybór dokonany zgodnie z kryteriami jedynej słusznej racji, to po prostu teksty na temat, które powstały z potrzeby mówienia i dzielenia się swoimi doświadczeniami, a nie na zamówienie. To ważne, bo dzięki temu wypowiedzi są autentyczne, wynikają z codziennej praktyki – z poczucia bezradności, osamotnienia, albo zachwytu i radości. Można spokojnie powiedzieć, że to najlepszy kawałek polskiego Internetu o tym, czym jest macierzyństwo (a właściwie o wszystkim, co z nim związane).
Sebastian Łukomski, autor bloga ojcieckarmiacy.blox.pl

W kolejnym tomie „Macierzyństwa bez lukru” znana już internetowa społeczność matek-blogerek pierwszorzędnie uprawia kulturę kobiecej opowieści, gdzie każda z nas ma nareszcie takie samo prawo głosu i istnienia, i gdzie wspólnie tkany patchwork losów, wyborów i uczuć pozwala zrozumieć siebie i uspokoić ten słodki instynkt, który przypadkowo w naszym gatunku nie przewiduje zjadania potomstwa.
Stosować przed i po urodzeniu, do zakończenia wychowania. Ułatwia trawienie domniemanych klęsk rodzicielskich. Osobiście uważam, że jest to dłuższa ulotka nie dołączana do dziecka.

Justyna Zimna, Czas Kultury, wydawca pierwszego tomu „Macierzyństwa bez lukru”

Brawo dla autorek za to, że miały odwagę powiedzieć głośno to, o czym wiele kobiet tylko myśli. Dzięki temu książka może być wsparciem dla mam, które boją się, że tylko one - poza blaskami macierzyństwa - dostrzegają też jego cienie oraz dla tych, które sądzą, że tylko one sobie nie radzą. W książce nie brakuje też fragmentów opisujących piękno i radość bycia mamą. Jest komplet - jak to w macierzyństwie.
Ewa Pągowska, redaktor naczelna serwisu Mamazone.pl

Doceniam wagę kobiecej opowieści. I nie chodzi mi o czcze bajanie z rodzaju „ja to wiem lepiej!”, „u mnie jest bardziej!”, „ tylko ja to potrafię!”. Wymądrzanie się to toksyczna gadka. Mam raczej na myśli swobodną kobiecą narrację, zwierzanie się i wymianę doświadczeń, opowieść po części autoterapeutyczną, a po części podnoszącą na duchu słuchaczki. W takich gawędach jest moc. Przepływ doświadczeń i empatii. Krzepiące jest porównywanie blizn, ran i strat. I radości. I ekscytacji.
Więc ona też!
Ona – zupełnie jak ja!
Wspólnota przeżyć tworzy więź i daje poczucie siły, woman power. Dlatego lubię czytać u fjakfrustratki, że „Jestem matką przez zaniedbanie. Jestem matką przez zapominanie, przez niedociąganie.” Zawisam z oślinionym palcem nad brudnym dziecięcym policzkiem zupełnie, jak fjakfrustratka. A jak pierwsza-żona się poważnie zastanawiam nad pogodzeniem się wreszcie z faktem, „że jestem matką, do cholery”. I jeszcze, jak Kaczka z la-terra-del-pudding „w teorii jestem doskonała”. W każdej.
Poza tym jestem oczywiście nieobiektywna, bo uwielbiam te babki i ich pisanie.
I niechże piszą dalej na chwałę odbrązawianego macierzyństwa.
Czyta się je smacznie.

Małgorzata Łukowiak, autorka zimnoblog.blogspot.com

Macierzyństwo bez lukru to nowoczesna i inspirująca akcja społeczna, która pokazuje niezwykłą siłę blogujących Mam i prawdziwy obraz wielowymiarowego macierzyństwa.
Olga Myslovska, redaktorka serwisu BlogiMam.pl

W sieci macierzyństwa

7 lutego w Poznaniu odbyło się spotkanie wokół numeru „[ANTY]macierzyństwo”. W rozmowie o macierzyństwie i jego obliczach udział wzięła m.in. zimno. Dyskusję prowadzili redaktorzy numeru: Justyna Zimna i Michał Larek.

Autorki antologii reprezentowała na spotkaniu pierwsza żona. Nasza korespondentka donosi:

"Było spotkanie, były kobiety, byli mężczyźni, był wydawca Czasu Kultury.
Zdjęliśmy ten lukier i pogadaliśmy.
O kobietach.
Wreszcie.

Dysputy takie są ważne bo:
- nagle kobieta taka spotyka się i konfrontuje z innymi kobietami co się okazuje znamienne bo ona też podobnie myśli.
- uświadamiamy sobie różne rzeczy dzięki komuś. To jest wygodne, bo okazuje się nagle, że ktoś nasze rozdarcia i przemyślenia ubrał w słowa i ładnie je nazwał i to jest to!

Dyskusja była fajna, wędrowała w różne strony, bujała się pomiędzy butelką a piersią.

Porozmawiałyśmy o tym, że ciężko jest mimo wszystko zabrać dziecko pod biurko do pracy, pomimo zachęcających zdjęć w Czasie Kultury.
Że powinnyśmy jednak zostać chwilę w domu z noworodkiem i nie do końca ulegać wieściom z Ameryki, że kolejna celebrytka wróciła na wybieg 37 min po porodzie.
Że chcemy o tym wszystkim mówić bo może to ruszy kolejne kobiety, które boją się powiedzieć, boją się wyjść z domu z dzieckiem – bo co społeczeństwo powie ??? Tzn. żebyśmy się dobrze zrozumieli – wyjść z domu z dzieckiem ale oczywiście z czerwoną wstążeczką w wózku i z pełną świadomością, że karmienie piersią w H&M jest złe!!
Że same trochę jesteśmy sobie winne, że tata nadal jest Panem Robótką od zabaw a nie Panem od bycia ojcem. Że trochę mamy problem , żeby im zaufać i dać to dziecko na całe popołudnie i odpocząć. Bo ja jako Matka zrobi lepiej, a on to je zgubi.
I wreszcie pogadałyśmy o tym, że fajnie jest pogadać i zrobić coś DLA SPRAWY. "

Relacja ze spotkania także na blogu Pierwszej, zapraszam tędy.

 fot. Pierwsza

8 lutego 2012

Czasem bywa i tak

"Daję radę!" deklaruje Agata, autorka bloga agatopis.blogspot.com. Oczywiście, że daje, wie to każdy czytelnik Jej bloga, ale są chwile, gdy jest ciężko i zupełnie nie tak, jakby chciała. Wszystkie to znamy, prawda?

Wściekłam się. Naprawdę się wściekłam. A jak ktoś jest naprawdę wściekły to wybucha.
Podobno to zdrowo. Lepiej wybuchnąć niż stłumić. Jak z kichnięciem.

No i wybuchłam.

Bo Dziecko nie chciało wyjść z wanny. Potem nie chciało myć zębów. Potem nie chciało myć uszu. Potem nie chciało nałożyć majtek. Potem spodni. Potem zjeść śniadania.
Chciało grać w MarioKart. Tylko to chciało. A dodam, że był ranek, a rano się robi co trzeba i wychodzi.

Tymczasem Dziecko niedomyte i nieubrane zakradło się do kuchni i wyjadało cukier z cukiernicy.
No i się wściekłam i wybuchłam.

Nakrzyczałam na Dziecko. Zagroziłam kątem i gorszym wścieknięciem. I krzyczałam.

Wściekłam się na tą papkę, w którą obróciło się moje życie, na samotność, na brak butów na zimę, na za krótkie wakacje, na to że zjadłam za dużo słodyczy (i czipsów), na M, który zajmuje się sobą i tylko sobą, bo teraz ma już do tego prawo.
I przeraziłam się osoby, którą mogę się stać.

Przypomniała mi się mama tego biednego Szymonka. (Nie obejrzałam nigdy tego nagrania... ale wiem o co chodzi.) Oczywiście moja wściekłość była cywilizowana w porównaniu z jej wściekłością, ale przeraziłam się pewnego podobieństwa sytuacji.

Popłakaliśmy sobie z Dzieckiem. Poprzytulaliśmy się i poprzepraszaliśmy. Dziecko zjadło śniadanie, ale nie umyło zębów. Ubrało się, ale nie pograło w MarioKart.

Przepraszam, którędy do normalności? Bo ja się zgubiłam...

6 lutego 2012

Złe matki

Witamy w naszym gronie kruszyznę, autorkę serwisu dzieciowo.pl. Kto nie zna, niech zajrzy - znajdziecie tam bardzo fajny blog, przepisy na dania dla maluchów, forum i recenzje różnych produktów dla dzieci. 

W ramach "Macierzyństwa bez lukru" publikujemy klasyfikację złych matek według kruszyzny. Dla mnie bomba!

Matek złych jest wbrew pozorom zaskakująco dużo. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że nie istnieją matki dobre. W sensie dobre dla wszystkich. W sensie jeszcze ściślejszym dobre w opinii wszystkich. Inaczej mówiąc, możecie stawać na uszach, szlifować dar telepatii tak, że droga do finału Mam talent to tylko kwestia czasu, myśleć tylko o tym, żeby w rankingu superrodziców być w najgorszym wypadku na najniższym stopniu podium, a i tak zawsze znajdzie się ktoś, kto stwierdzi, że nie rokujecie i jesteście be. Przy czym kompletnie nie ma znaczenia, co robicie. Ważne, że nie robicie tego INACZEJ. Na czym to polega? Voila!

1. Po macierzyńskim wracasz do pracy – zamiast siedzieć na tyłku i wychowywać dzieciaka, ty się uganiasz za kasą. Jesteś zimna jak podbiegunowy lód i zobaczysz, wychowasz emocjonalnego kalekę.
2. Po macierzyńskim decydujesz się na wychowawczy – znalazłabyś sobie jakąś robotę, a nie tylko opierdzielasz się całymi dniami. Społeczeństwo płaci na ciebie podatki a mąż zarabia na twoje zachcianki.
3. Przez dwa lata karmisz dziecko piersią – wariatka! To wbrew naturze! To mniej więcej tak, jakbyś przystawiała do piersi maturzystę.
4. Nie karmisz piersią lub karmisz krótko – nie zdziw się, jeśli twoje dziecko będzie miało niższy niż koledzy iloraz inteligencji, będzie chorowite, a w ogóle to ma w życiu przerąbane i to przez kogo? Przez ciebie właśnie, a co.
5. Walczyłaś o karmienie piersią, ale się nie udało – ludzie to sobie komplikują życie. Trzeba było od razu zapodać butlę i spać spokojnie.
6. Walczyłaś o karmienie piersią, ale się nie udało – starałaś się za mało. Gdyby NAPRAWDĘ ci zależało, to dopiełabyś swego, bo chcieć, to móc.
7. Miałaś cesarkę – co ty, k…, wiesz o rodzeniu?
8. Nie miałaś cesarki – naraziłaś dzieciaka na niedotlenienie i urazy, a sama przeszłaś wielogodzinną męczarnię. I po co ci to było?
9. Ubierasz dziecko na cebulkę – najwidoczniej nie masz pojęcia (a powinnaś jako matka!), że najczęstszą przyczyną chorób jest przegrzanie.
10. Ubierasz dziecko lekko – najwyraźniej zaszkodziła ci Irlandia.
11. Rozszerzasz dietę w 5. miesiącu życia – robisz wszystko, żeby twoje dziecko nabawiło się AZS, astmy, galopującej alergii na wszystko, co się je, a jeśli na dodatek nie karmisz piersią, to patrz punkt 6.
12. Rozszerzasz dietę znacznie później – na miłość boską, to człowiek, odżywiaj go po ludzku!
13. Posłałaś dziecko do żłobka – patrz punkt 1.
14. Nie posłałaś dziecka do żłobka – tak, żeruj na babciach, żeruj, pasożycie społeczny. Wersja druga: zamiast narzekać na to, że cienko z kasą, rusz tyłek i idź do roboty.
15. Realizujesz swoje pasje, zawsze znajdziesz trochę czasu na hobby – olewasz swoje dziecko i nie poświęcasz mu odpowiedniej ilości czasu. Zobaczysz, to się na tobie zemści.
16. Zrezygnowałaś z realizacji pasji, bo chcesz poświęcić więcej czasu dziecku – macierzyństwo wyprało ci mózg, jesteś tylko prozaiczną kurą domową, tylko patrzeć, jak zaczniesz do ludzi wychodzić w rozciągniętym dresie.
17. Dajesz dziecku słodycze – chyba ocipiałaś. W wieku sześciu miesięcy będzie musiało nosić sztuczną szczękę.
18. Nie dajesz słodyczy – odmawiasz dziecku nawet tej odrobiny przyjemności, jesteś wredna i w ten sposób z pewnością maskujesz jakieś swoje kompleksy.
19. Stosujesz przy karmieniu metodę BLW – ulegasz jakieś durnej, nowoczesnej fanaberii i najpewniej nudzi ci się w życiu, skoro lubisz tyle sprzątać.
20. Nie stosujesz metody BLW – twoje dziecko do podstawówki nie nauczy się trzymać łyżki czy widelca, a być może gimnazjalistę będziesz musiał karmić metodą „za mamusię, za tatusia”.

Można tak w nieskończoność. Ogólnie rzecz biorąc nie tak ubierasz, nie tak żywisz, nie tak wychowujesz, nie tak kształcisz. Gdybyś była dobrą matką, robiłabyś to tak i tak (w domyśle: tak jak MY to robimy, lub nasi znajomi), ale najwyraźniej nie jesteś, bo nie robisz.

Co robić? Jeśli chcesz przeżyć, olewaj. Jeszcze się taki nie narodził, który by wszystkim dogodził. I pamiętaj, niezależnie od tego, co zrobisz, zawsze w czyichś oczach zrobisz to źle. Dlatego, cytując Młynarskiego, róbmy swoje.

5 lutego 2012

Jak ciepłe bułeczki :-)

Kochani, ważna informacja: Antologia w drukowanej wersji będzie ponownie dostępna w sklepie Czasu Kultury za ok. 2 tygodnie - sprzedał się cały zapas dostępny w sklepie internetowym, trwa ściąganie pisma z księgarń. Prosimy o cierpliwość, a mniej cierpliwych zapraszamy po e-booka.

4 lutego 2012

Burza na latte24.pl

Ostatnie wpisy na latte24 wywołały ostre reacje. Zajrzyjcie do komentarzy pod notkami gladys i frustratki. A i dwie polemiki się pojawiły: Moje macierzyństwo bez lukru i nudy i Rodzicielstwo to także ojcostwo. Wsadziłyśmy kij w mrowisko.

3 lutego 2012

Zdarzyło się wczoraj. A nawet dzisiaj

Na nadchodzący mroźny weekend zostawiam Was z nivejką, znaną w blogowych kręgach jako Zołza z PeGeeRu. Miłej lektury!

"Nałóg to zakorzeniona dysfunkcja sprawności woli przejawiająca się w chronicznym podejmowaniu szkodliwych dla organizmu decyzji, które są sprzeczne z przesłankami rozeznania intelektualnego."

To nie ja … to elektroniczna siostra poczciwej encyklopedii, Wikipedia, taka mądra od rana.

W myśl tej definicji jestem nałogowcem. I przedawkowałam. Skutki przeholowania są widoczne gołym okiem. Trudno bowiem nie zauważyć sino-burych woreczków pod oczyma oraz malowniczo rozdartej raz po raz paszczy w celu ziewnięcia mało eleganckiego.

Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że jak mi ktoś przesyła książkę to nie mogę sobie ot tak iść spać. Mus jest czytać i przeczytać. Do końca. W mylnym błędzie byłby ten, kto uważa, że skoro mam wakacje to sobie pośpię, odeśpię i tym samym zlikwiduje nieestetyczne skutki uzależnienia.
Oprócz wakacji mam albowiem jeszcze DZIECI. Sztuk dwa. Płci obojga.
Pierwsza była Ona. Pewnie z racji starszeństwa. Skradała się jak różowa pantera, cichcem, na paluchach. Pewnie by się udało, gdyby po drodze, zupełnie niechcący nie strąciła pęku kluczy. Narozrabiała i przezornie wycofała się na z góry upatrzone pozycje, robiąc przy tym jeszcze więcej zamieszania.
On, przyszedł za chwilę. Chyba...
Nie słyszałam, ale poczułam coś w rodzaju swędzenia w okolicach nosa.
Niezauważalnie łypnęłam jednym okiem. Stał i wpatrywał się we mnie paląco-zaciekawiono-proszącym wzrokiem.
- Jeszcze chwila – pomyślałam i w celu pozbycia się źródła swędzenia przewróciłam się na drugi boczek.
Nie z NIM te numery. Przemieścił się. I nadal prowadził obserwacje obiektu usiłującego nadrobić czas. Kiedy mu się znudziło, przemówił.
- Mamoooooo… - i tu muszę przyznać, że wykazał się taktem i zrozumienie. Mówił szeptem.
Z powodu braku reakcji, do słów dołączył czyn, delikatne szarpnięcie za wystające spod kołdry skudlone włosy.
- No mamo no… słyszysz?
Koniec spania, pani mamo – pomyślałam, ale jeszcze nie dawałam za wygraną.
- No co tam… - mruknęłam nie otwierając oczu.
- Kiedy wstaniesz? – zwiadowca Krzyś przemówił już normalnie, bez szeptów.
- Za chwilę – odpowiedziałam naciągając mocniej kołdrę.
- Aha. To ja poczekam – powiedział ugodowo i nadal sterczał nade mną. Pobawił się firanką,  nacisnął coś w telefonie, wkopał pod łóżko moje kapcie i się znudził.
- Już? – zapytał tracąc cierpliwość.
- Zaraaaaaaaaaaaz – odpowiedziałam przeciągle.
- Mamo? – Krzyś nabrał tchu w małe płuca - A co jest dłuższe? Zaraz czy chwila? Bo jak zaraz to ja bym chciał żebyś wstała zaraz, a jak chwila to za chwilę. To co jest dłuższe?

Dzieci są, wbrew pozorom, szalenie logiczne. Bo jak się tak nad tym zastanowić to właściwie ile trwa chwila? Czy dwie chwile to jeden zaraz?

Zaraz, zaraz! Przecież zaraz to taka duuuuuuuża bakteria. Pewnie ruska, bo u nich wszystko bolsze;)

1 lutego 2012

Antologia na czytniki

Kochani, z przyjemnością informuję, że "Macierzyństwo bez lukru" dostępne jest w formatach epub i mobi. Zawdzięczamy to Oficynie Wydawniczej RW2010. Znajdziecie u nich sporo niedrogich ebooków.

Serdecznie dziękujemy właścicielowi Oficyny Maciejowi Ślużyńskiemu, który zobowiązał się przekazać na konto Mikołajka CAŁY DOCHÓD ze sprzedaży antologii za pośrednictwem Jego serwisu.

Właścicieli czytników, zainteresowanych nabyciem antologii, prosimy tędy.