Dziś debiutuje u nas autorka bloga tylkospokojnie. O swoim blogu pisze: "To jest mój prywatny wentyl bezpieczeństwa. Inaczej ciśnienie spowoduje wybuch. Katastrofę. Tylko spokojnie, tylko spokojnie." Zachęcamy do lektury tego i pozostałych jej wpisów.
W odpowiedzi na ogłoszenie, które się ukazało, zgłaszam swoją kandydaturę na stanowisko.
Nie jestem pewna, czy jestem dobrą kandydatką oraz, czy spełniam jakiekolwiek wymagania do podjęcia tej pracy. Ale, jak czegoś nie zmienię w swoim życiu, to chyba zwariuję. Posiadam wykształcenie humanistyczne, czyli mało co wiem, ale potrafię to jakoś zakamuflować. Obecnie żałuję, że nie pozostałam przy jakimś praktycznym zawodzie, coś może z gastronomii albo edukacji przedszkolnej, do czego jeszcze nawiążę poniżej.
Swoją karierę zawodową rozpocząłem na stanowisku od czapy w firmie, której nie lubiłam, dzięki czemu zdobyłam doświadczenie w czymś, co mi nie jest potrzebne i mnie nie interesuje.
Po kilku latach pracy w tym zawodzie, zaczęło mnie mdlić. Na początku myślałam, że to spodziewany efekt wypalenia zawodowego, ale okazało się, że jestem w ciąży. W tej, jakże typowej, sytuacji wyszło moje całkowite nieprzygotowanie do podstawowych ról życiowych przypisanych kobiecie. Nie wiem, po co wychowano mnie i wykształcono na osobę niezależną, skoro to wszystko nijak ma się do rzeczywistości.
Dziś pragnę powrócić na rynek pracy, choć nie jestem nawet w połowie tak atrakcyjna, jak studentki ubiegające się o to samo stanowisko.
Moim atutem jest to, że jestem optymistyczna jak nie wiem co. Z prawdziwych problemów to w zasadzie nie mam żadnych. Jak mnie słabość najdzie i na przykład nie wiem, co na śniadanie dziecku zrobić, zawsze szukam pomocy na jednym czy innym portalu internetowym. W temacie zdrowo i pysznie dla dziecka i mamy. W długie zimowe wieczory od siedemnastej do dwudziestej pierwszej zawsze mam pod ręką papierowe rolki, sznurek i czyste pudełka po jogurcie, aby kleić edukacyjne zabawki, które uczą i bawią. Problemy w związku już mnie w zasadzie nie dotyczą. Nie jestem pewna, czy związek mnie jeszcze dotyczy.
Potrafię być samokrytyczna. Zdaję sobie doskonale sprawę, że moje tymczasowe obniżenia nastroju są jakże tymczasowe. Czasem dolegają mi takie drobiazgi jak: rutyna, totalny bezsens, consensus i kompromis, ale wystarczy, że się zastanowię, a już wiem, że prawdziwe problemy mnie szczęśliwie ominęły. Niesłusznie doszukuję się dziury w całym.
Na pytanie, gdzie widzę się za pięć lat, chętnie nie odpowiem, ponieważ wywołuje ono u mnie napad paniki i mam ciemność przed oczami i uciska mnie w klatce piersiowej.
Bardzo chciałabym robić coś wyjątkowego i chciałabym w coś wierzyć i mieć życiową misję, ale nie wiem jaką. Jakąś fajną.
Moim dodatkowym atutem jest komunikatywność i bardzo dobra znajomość języka angielskiego.
Jeśli Państwo są zainteresowani moją kandydaturą, proszę o kontakt mailowy lub telepatyczny. Do listu motywacyjnego dołączyłem zdjęcie dziecka, bo jest takie ładne, dużo ładniejsze niż ja. Mam nadzieję, że państwa zainteresuje.
Z góry dziękuję za rozważenie mojej kandydatury i czekam na odpowiedź. Od teraz z poważaniem. T.S.
31 stycznia 2012
30 stycznia 2012
Chcę mieć prawo do narzekania
Dziś publikujemy tekst, który specjalnie dla nas napisała idiomka: Czy matki zdrowych dzieci, kobiety, którym „nic się nie dzieje”, mają prawo do narzekania, rozumianego tutaj jako szczere i niepodkolorowane opowiadanie o swoim macierzyństwie? Czy mają prawo czuć się zmęczone i sfrustrowane? Czy otwarte mówienie o tym to oznaka słabości i rozmemłania? Czy matki mają obowiązek zawsze wyglądać pięknie i emanować szczęściem, bo są matkami? Czekamy na Wasze komentarze. Jeśli ktoś chciałby napisać dłuższy tekst, w duchu MbL lub polemiczny, chętnie opublikujemy jako odrębną notkę.
W tym tygodniu przeglądałam komentarze pod onetową publikacją na temat Mikołajka i MbL.
Nie będę już rozpisywać się o tych, którzy nie zorientowali się, jakie to smutne doświadczenie stało się udziałem Mikołajka i jego rodziców. Bo w tym przypadku trudno jest o jakikolwiek komentarz.
Raczej zainspirowało mnie coś, co cyklicznie już staje się tematem moich rozmów, rozmyślań itd.
Kiedy jakieś 2 tygodnie temu uczestniczyłam w nagraniu dla TVN na temat MbL, wspomniałam dziennikarce o stereotypach, żywcem jak z reklamy TV, które wciąż pokutują. O tym, jak zafałszowany bywa obraz macierzyństwa. Odniosłam wrażenie, że dziennikarka powątpiewała w słuszność moich poglądów i pytała, czy na pewno nadal tak jest.
Wspomniane komentarze na Onecie pokazują, że w istocie nadal dla sporej części kobiet, macierzyństwo jest takim stanem, w jakim każda kobieta powinna się spełniać i absolutnie nie powinno się narzekać.
Powtarzający się w tych wystąpieniach motyw: Mam małe dziecko, pracuję, mam wysprzątane mieszkanie, zadowolonego (w tym również seksualnie) męża, a ja co dzień jestem umalowana, uczesana, wypoczęta i nigdy nie narzekam!
Czy to jest prawdą? Czy to po prostu pobożne życzenie, próba podkolorowania rzeczywistości, aby pasowała do schematu, znanego z filmów i reklam? Chęć pokazania, że jestem inna, lepsza, od tych matek, które ośmieliły się w MbL odsłonić swoje frustracje, dylematy, kłopoty?
Chcemy czy nie, jesteśmy bombardowane przez media pewnym przekazem. Odnajduję go w reklamach, niewykluczone, że funkcjonuje również w telenowelach (dywaguję, bo szczęśliwie nie mam kontaktu z tego rodzaju produkcjami). Ten przekaz bardzo często jest jednoznaczny. Matka, nawet jeżeli jest chora i siedzi na kanapie, powinna mieć na sobie mini i szpilki. W takim samym stroju powinna zmywać podłogę. Poza tym, matka to takie stworzenie, które zawsze z czarującym uśmiechem nakłada dziecku makaron na talerz, bawi się z nim, idzie na spacer itd. Reklamy z innym przekazem to rzadkość. Chyba tylko w jednej reklamie widziałam matkę, która nie ma czasu dla dziecka, bo zmywa. A u mnie, do jasnej, ciasnej, zmywa w domu mężczyzna, a ja jeżeli nie mam czasu dla Młodego, to dlatego, że piszę tekst na tematy dość techniczne. Kompletnie nie pasuję do stereotypu kobiety, która z uśmiechem i pieśnią na ustach jest idealną matką, żoną, kucharką i sprzątaczką, bez jednej choćby wątpliwości i bez słowa skargi.
Ten stereotyp nadal funkcjonuje i na jego mocy my - kobiety pozwalające sobie na narzekania, jesteśmy gorsze, gorzej zorganizowane, słabsze psychicznie itd. Przynajmniej w oczach komentujących w necie.
Czytając takie wystąpienia, jakie obserwowałam pod tekstem o Mikołajku i MbL, mam wrażenie, że my - matki, nie mamy prawa do bycia sfrustrowanymi, do narzekania, do dostrzegania negatywnych stron macierzyństwa. Tak jakby urodzenie potomka z automatu dawało nam prawo wyłącznie do sikania ze szczęścia po nogach. Może osoby bezdzietne mają prawo do narzekań, ale my - matki, już nie. Tak, jakby decyzja o urodzeniu dziecka była automatyczną deklaracją przynależności do jakiejś sekty, w której nie ma się prawa zauważać, jakim wysiłkiem jest rodzicielstwo, z jaką odpowiedzialnością się wiąże, jakie ograniczenia przynosi naszemu życiu itd.
Parę razy, przy innych okazjach słyszałam hasło, że jeden uśmiech dziecka wynagradza rodzicom cały trud związany z jego wychowaniem.
„Jednym wynagradza, innym nie i nie ma w tym nic złego” - stwierdziła kiedyś psycholog, z którą mieliśmy kontakt w ubiegłym roku szkolnym. Najwyraźniej jednak, zdaniem niektórych, jest w tym coś złego. Bo uśmiech dziecka powinien wynagradzać i dlatego matki nie powinny narzekać.
I choć mojego syna bardzo kocham, bo jest moim najlepszym i ulubionym synem ;), choć doceniam jego inteliencję, poczucie humoru i wiele innych cech, to nie bagatelizuję tak bardzo mojego wysiłku, związanego z załatwieniem jego spraw bytowych i rozwojem, aby uśmiech mógł to wszystko wynagrodzić. Nawet jeżeli jako uśmiech rozumiemy fakt istnienia na tym świecie. A zatem, skoro nie wynagradza, to nie mam zamiaru udawać, że podczas wypełniania rodzicielskich obowiązków słowo „kurwa” nie wyrywa się mi czasami przez zaciśnięte zęby.
I ogólnie mam nienajgorsze życie :) Wiem, że daleko mu do luksusu, ale nieustanie mam świadomość, jaka mogłaby być alternatywa. I nie mam tu na myśli tylko pracowników na cmentarzysku statków w Indiach czy najtańszych wyrobników w Chinach. Pamiętam, jak niewiele brakowało, abyśmy z Młodym 12 lat temu wylądowali w jakimś przytułku. Wiem, że dla kobiet w mojej sytuacji życiowej (samotnych matek, bez finansowego wsparcia rodziny) bardzo często ubóstwo jest na wyciągnięcie ręki. Dlatego bardzo cenię sobie moje życie, tym bardziej, że tak wiele w nim zawdzięczam sobie. Jestem z siebie dumna i czasami - zadowolona ;)
Bo wiem, jaka mogłaby być alternatywa. Ale wiem również, że gdyby nie Młody, byłoby mi łatwiej. Świadomie wzięłam 12 lat temu (akurat niedługo minie kolejna rocznica) na siebie całość obowiązków i wywiązuję się z tego najlepiej, jak potrafię. Ale, do cholery! Nie jestem robotem, nie będę trwała z debilnym uśmiechem na wiecznie zadowolonej twarzy, bez względu na to, jak będę się czuć. Nie będę udawać, że moim ukochanym odzieniem na czas grypy są minispódniczka i szpilki, tylko dlatego, że takie wizerunki są propagowane np. w mediach.
Sama sobie daję prawo do narzekania, jeżeli będę mieć na to ochotę.
W tym tygodniu przeglądałam komentarze pod onetową publikacją na temat Mikołajka i MbL.
Nie będę już rozpisywać się o tych, którzy nie zorientowali się, jakie to smutne doświadczenie stało się udziałem Mikołajka i jego rodziców. Bo w tym przypadku trudno jest o jakikolwiek komentarz.
Raczej zainspirowało mnie coś, co cyklicznie już staje się tematem moich rozmów, rozmyślań itd.
Kiedy jakieś 2 tygodnie temu uczestniczyłam w nagraniu dla TVN na temat MbL, wspomniałam dziennikarce o stereotypach, żywcem jak z reklamy TV, które wciąż pokutują. O tym, jak zafałszowany bywa obraz macierzyństwa. Odniosłam wrażenie, że dziennikarka powątpiewała w słuszność moich poglądów i pytała, czy na pewno nadal tak jest.
Wspomniane komentarze na Onecie pokazują, że w istocie nadal dla sporej części kobiet, macierzyństwo jest takim stanem, w jakim każda kobieta powinna się spełniać i absolutnie nie powinno się narzekać.
Powtarzający się w tych wystąpieniach motyw: Mam małe dziecko, pracuję, mam wysprzątane mieszkanie, zadowolonego (w tym również seksualnie) męża, a ja co dzień jestem umalowana, uczesana, wypoczęta i nigdy nie narzekam!
Czy to jest prawdą? Czy to po prostu pobożne życzenie, próba podkolorowania rzeczywistości, aby pasowała do schematu, znanego z filmów i reklam? Chęć pokazania, że jestem inna, lepsza, od tych matek, które ośmieliły się w MbL odsłonić swoje frustracje, dylematy, kłopoty?
Chcemy czy nie, jesteśmy bombardowane przez media pewnym przekazem. Odnajduję go w reklamach, niewykluczone, że funkcjonuje również w telenowelach (dywaguję, bo szczęśliwie nie mam kontaktu z tego rodzaju produkcjami). Ten przekaz bardzo często jest jednoznaczny. Matka, nawet jeżeli jest chora i siedzi na kanapie, powinna mieć na sobie mini i szpilki. W takim samym stroju powinna zmywać podłogę. Poza tym, matka to takie stworzenie, które zawsze z czarującym uśmiechem nakłada dziecku makaron na talerz, bawi się z nim, idzie na spacer itd. Reklamy z innym przekazem to rzadkość. Chyba tylko w jednej reklamie widziałam matkę, która nie ma czasu dla dziecka, bo zmywa. A u mnie, do jasnej, ciasnej, zmywa w domu mężczyzna, a ja jeżeli nie mam czasu dla Młodego, to dlatego, że piszę tekst na tematy dość techniczne. Kompletnie nie pasuję do stereotypu kobiety, która z uśmiechem i pieśnią na ustach jest idealną matką, żoną, kucharką i sprzątaczką, bez jednej choćby wątpliwości i bez słowa skargi.
Ten stereotyp nadal funkcjonuje i na jego mocy my - kobiety pozwalające sobie na narzekania, jesteśmy gorsze, gorzej zorganizowane, słabsze psychicznie itd. Przynajmniej w oczach komentujących w necie.
Czytając takie wystąpienia, jakie obserwowałam pod tekstem o Mikołajku i MbL, mam wrażenie, że my - matki, nie mamy prawa do bycia sfrustrowanymi, do narzekania, do dostrzegania negatywnych stron macierzyństwa. Tak jakby urodzenie potomka z automatu dawało nam prawo wyłącznie do sikania ze szczęścia po nogach. Może osoby bezdzietne mają prawo do narzekań, ale my - matki, już nie. Tak, jakby decyzja o urodzeniu dziecka była automatyczną deklaracją przynależności do jakiejś sekty, w której nie ma się prawa zauważać, jakim wysiłkiem jest rodzicielstwo, z jaką odpowiedzialnością się wiąże, jakie ograniczenia przynosi naszemu życiu itd.
Parę razy, przy innych okazjach słyszałam hasło, że jeden uśmiech dziecka wynagradza rodzicom cały trud związany z jego wychowaniem.
„Jednym wynagradza, innym nie i nie ma w tym nic złego” - stwierdziła kiedyś psycholog, z którą mieliśmy kontakt w ubiegłym roku szkolnym. Najwyraźniej jednak, zdaniem niektórych, jest w tym coś złego. Bo uśmiech dziecka powinien wynagradzać i dlatego matki nie powinny narzekać.
I choć mojego syna bardzo kocham, bo jest moim najlepszym i ulubionym synem ;), choć doceniam jego inteliencję, poczucie humoru i wiele innych cech, to nie bagatelizuję tak bardzo mojego wysiłku, związanego z załatwieniem jego spraw bytowych i rozwojem, aby uśmiech mógł to wszystko wynagrodzić. Nawet jeżeli jako uśmiech rozumiemy fakt istnienia na tym świecie. A zatem, skoro nie wynagradza, to nie mam zamiaru udawać, że podczas wypełniania rodzicielskich obowiązków słowo „kurwa” nie wyrywa się mi czasami przez zaciśnięte zęby.
I ogólnie mam nienajgorsze życie :) Wiem, że daleko mu do luksusu, ale nieustanie mam świadomość, jaka mogłaby być alternatywa. I nie mam tu na myśli tylko pracowników na cmentarzysku statków w Indiach czy najtańszych wyrobników w Chinach. Pamiętam, jak niewiele brakowało, abyśmy z Młodym 12 lat temu wylądowali w jakimś przytułku. Wiem, że dla kobiet w mojej sytuacji życiowej (samotnych matek, bez finansowego wsparcia rodziny) bardzo często ubóstwo jest na wyciągnięcie ręki. Dlatego bardzo cenię sobie moje życie, tym bardziej, że tak wiele w nim zawdzięczam sobie. Jestem z siebie dumna i czasami - zadowolona ;)
Bo wiem, jaka mogłaby być alternatywa. Ale wiem również, że gdyby nie Młody, byłoby mi łatwiej. Świadomie wzięłam 12 lat temu (akurat niedługo minie kolejna rocznica) na siebie całość obowiązków i wywiązuję się z tego najlepiej, jak potrafię. Ale, do cholery! Nie jestem robotem, nie będę trwała z debilnym uśmiechem na wiecznie zadowolonej twarzy, bez względu na to, jak będę się czuć. Nie będę udawać, że moim ukochanym odzieniem na czas grypy są minispódniczka i szpilki, tylko dlatego, że takie wizerunki są propagowane np. w mediach.
Sama sobie daję prawo do narzekania, jeżeli będę mieć na to ochotę.
26 stycznia 2012
Do poczytania: Potomstwa przypadki
Dziś mamy dla Was kilka scenek rodzinnych spisanych przez Asię, blogującą na moje-waterloo.blog.pl.
Donoszę uprzejmie, że ze względu na liczne problemy czasowo-przestrzenne Potomstwo było częstym gościem, a rzec by nawet można - domownikiem, u swoich dziadków, których bardzo kocha i do których ma ogromne zaufanie. Było do tego przyzwyczajone, albowiem jej urocza matka przez lata żyła w napięciu i nieustannej gonitwie.
Potomstwo miało zawsze zacięcie sceniczne, które potrafiło wykorzystywać w najmniej oczekiwanych momentach. Pewnego dnia zostało jak zwykle przywiezione rano do gościnnego domu dziadków, a oni czekali już na progu, gotowi zasypać swoją ukochaną wnuczkę pieszczotami oraz przeróżnej maści atrakcjami. Potomstwo jednak czuwało! Dramatycznie wczepiło się w matczyną spódnicę, osunęło się na podłogę i wśród łkań teatralnie wypomniało:
- Porzucasz dziecko u OBCYCH ludzi!!!
***
Donoszę uprzejmie, że Potomstwo miało zwyczaj rosnąć w najbardziej nieoczekiwanych momentach i to w dodatku skokowo. Dość powiedzieć, że spodnie, które nosiła z powodzeniem jeszcze parę dni wcześniej, wcale nie musiały pasować na Nią parę dni później. Było to przyczyną nieustannych utrapień matki tej uroczej istotki, czyli moich, gdyż, jak zapewne wszyscy wiedzą, ciagle jeszcze nie udało mi się wychodować drzewka pieniążkowego. W związku z tym bezecnym procederem, od czasu do czasu, tyleż systematycznie, co bezowocnie, urządzałam Potomstwu awantury z wykrzykiwaniem pod Jej adresem niepochlebnych uwag i rozpaczliwym wprost naciąganiem gacisków na jej długachne odnóża. Zaznaczam w tym miejscu, że ani jedno, ani drugie nie przynosiło pożądanych efektów. Taka właśnie scena zdarzyła nam się pewnego poranka.
Osoby:
ja, miotająca się w rozpaczy, bo spodnie znowu za krótkie,
Potomstwo, nieprzejawiające żadnej skruchy,
Szef Stadła, znoszący to wszystko z nadspodziewaną cierpliwością.
Czas akcji: 6.25 (dawno powinnyśmy być gotowe).
Miejsce akcji: pokój Potomstwa.
Wygłaszam swój niepochlebny elaborat, podkreślając go licznymi nerwowymi ruchami wszelkiej maści kończyn. Potomstwo wysłuchuje go z zaiste niespotykanym u niej skupieniem. Kiedy kończę, jednym płynnym ruchem odwraca się do Szefa i podsumowuje:
- Nienormalna, nie?
***
- Kiedy mieszkałyśmy na Brzozowej - peroruje Potomstwo wieczorową porą, apetycznie zwinięte na fotelu pod kocysiem - nie chodziłam w nocy sikać, bo się bałam potwora spod łóżka.
Zrywam się z fotela naprzeciwko i lecę przytulać.
- Nic nie wiedziałam - łkam dramatycznie w kocyś.
- O sikaniu?
- O potworze spod łóżka. Mam wyrzuty sumienia.
- No co ty! Nie powiedziałam ci.
- No właśnie!!!
I tak to po latach człowiek się dowiaduje, że ma dwóję z macierzyństwa.
Nie wiedziałam nawet, że mieszkamy z potworem. A gdyby złapał mnie za nogę???
Donoszę uprzejmie, że ze względu na liczne problemy czasowo-przestrzenne Potomstwo było częstym gościem, a rzec by nawet można - domownikiem, u swoich dziadków, których bardzo kocha i do których ma ogromne zaufanie. Było do tego przyzwyczajone, albowiem jej urocza matka przez lata żyła w napięciu i nieustannej gonitwie.
Potomstwo miało zawsze zacięcie sceniczne, które potrafiło wykorzystywać w najmniej oczekiwanych momentach. Pewnego dnia zostało jak zwykle przywiezione rano do gościnnego domu dziadków, a oni czekali już na progu, gotowi zasypać swoją ukochaną wnuczkę pieszczotami oraz przeróżnej maści atrakcjami. Potomstwo jednak czuwało! Dramatycznie wczepiło się w matczyną spódnicę, osunęło się na podłogę i wśród łkań teatralnie wypomniało:
- Porzucasz dziecko u OBCYCH ludzi!!!
***
Donoszę uprzejmie, że Potomstwo miało zwyczaj rosnąć w najbardziej nieoczekiwanych momentach i to w dodatku skokowo. Dość powiedzieć, że spodnie, które nosiła z powodzeniem jeszcze parę dni wcześniej, wcale nie musiały pasować na Nią parę dni później. Było to przyczyną nieustannych utrapień matki tej uroczej istotki, czyli moich, gdyż, jak zapewne wszyscy wiedzą, ciagle jeszcze nie udało mi się wychodować drzewka pieniążkowego. W związku z tym bezecnym procederem, od czasu do czasu, tyleż systematycznie, co bezowocnie, urządzałam Potomstwu awantury z wykrzykiwaniem pod Jej adresem niepochlebnych uwag i rozpaczliwym wprost naciąganiem gacisków na jej długachne odnóża. Zaznaczam w tym miejscu, że ani jedno, ani drugie nie przynosiło pożądanych efektów. Taka właśnie scena zdarzyła nam się pewnego poranka.
Osoby:
ja, miotająca się w rozpaczy, bo spodnie znowu za krótkie,
Potomstwo, nieprzejawiające żadnej skruchy,
Szef Stadła, znoszący to wszystko z nadspodziewaną cierpliwością.
Czas akcji: 6.25 (dawno powinnyśmy być gotowe).
Miejsce akcji: pokój Potomstwa.
Wygłaszam swój niepochlebny elaborat, podkreślając go licznymi nerwowymi ruchami wszelkiej maści kończyn. Potomstwo wysłuchuje go z zaiste niespotykanym u niej skupieniem. Kiedy kończę, jednym płynnym ruchem odwraca się do Szefa i podsumowuje:
- Nienormalna, nie?
***
- Kiedy mieszkałyśmy na Brzozowej - peroruje Potomstwo wieczorową porą, apetycznie zwinięte na fotelu pod kocysiem - nie chodziłam w nocy sikać, bo się bałam potwora spod łóżka.
Zrywam się z fotela naprzeciwko i lecę przytulać.
- Nic nie wiedziałam - łkam dramatycznie w kocyś.
- O sikaniu?
- O potworze spod łóżka. Mam wyrzuty sumienia.
- No co ty! Nie powiedziałam ci.
- No właśnie!!!
I tak to po latach człowiek się dowiaduje, że ma dwóję z macierzyństwa.
Nie wiedziałam nawet, że mieszkamy z potworem. A gdyby złapał mnie za nogę???
25 stycznia 2012
Do poczytania: Jestem heterą
Zapraszam do lektury wpisu idiomki. Ile z nas mogłoby się pod nim podpisać?
Kiedy Młody wrócił w Nowy Rok, po tygodniowej nieobecności, do domu, byłam matką wypoczętą i zrelaksowaną. Bez presji czasu i obowiazków, zachowywałam się tak, jak wydawało mi się, normalnie mogłabym zachowywać się w takich okolicznościach.
Młody zapytał mnie, pod koniec dnia, podejrzliwie:
- Dlaczego jesteś dla mnie taka podejrzanie miła?
Podejrzanie miła... To utwierdziło mnie w przekonaniu, że zamieniam się w heterę. I przeszkadza to nawet mnie.
Nienawidzę poranków w normalne dni szkolne. Kiedy Młodego trzeba obudzić, zwlec z łóżka, zadbać o to, by się ubrał, zjadł coś, był gotowy do wymarszu do szkoły, wraz ze wszystkimi potrzebnymi rzeczami. W takie poranki jak mantrę powtarzam "szykuj się, szykuj się!". Do porzygania.
Pod wpływem sugestii pani psycholog, z którą spotykaliśmy się w ubiegłym roku, kiedyś spróbowałam, jak to jest nie poganiać go co 5 minut. Niestety, eksperyment się nie powiódł. Moje dziecko nie stało się w cudowny sposób świetnie zorganizowaną jednostką i nie stało pod drzwiami, w stosownym momencie, gotowe do wyjścia. Powrót do "szykuj się! szykuj się!" był tym boleśniejszy, że operacja musiała być skrócona do kilku minut, a do szkoły i tak się spóźnił.
Bycie matką dziecka kilkuletniego wspominam jako ciągłą odpowiedzialność. Bycie matką nastolatka będę pewno wspominać jako bycie kapo. Który stoi nad synem i pogania go, niemal z batem w ręce.
Nie wiem czy tak jest ze wszystkimi nastolatkami (rozmowy z niektórymi znajomymi sprawiają, że nabieram przekonania, że z większością), ale Młody prezentuje doskonale rozwinięty "tumiwisizm". Jego ulubioną odpowiedzią, na każdy postulat czy polecenie jest słowo "Dobra". Przy czym, owo "Dobra" to mniej-więcej taka odpowiedź jak Charliego z "Dwóch i pół" - "Rozumiem". Jak wyjaśnił bohater tego serialu, owo "Rozumiem", wcale nie oznacza, że rozumie czy choćby interesuje się on problemem swojego rozmówcy. Podobnie jest z "Dobra" Młodego. Ono również nie oznacza, że interesuje się on moimi słowami albo że ma zamiar się do nich dostosować. "Dobra" to taki wytrych, który w jego mniemaniu ma mu zagwarantować chwilę spokoju od matczynego gderania. Młody, rób lekcje/sprzątnij kotu! Dobra - odpowiada on i nie spuszcza nawet oka z książki.
Dlatego moje życie w dużej mierze upływa na powtarzaniu w kółko tych samych poleceń i obserwowaniu, jak nie przynosi to żadnych większych efektów.
Tumiwisizm Młodego dotyczy również jego akceptowania kar i szlabanów. Nie będzie telewizora ani komputera, ani PSP? No, trudno. Zawsze pozostają mu książki, które lubi czytać i robi to nawet w wannie. A czy jakaś matka odważyłaby się nałożyć szlaban na ksiażki, dla nastoletniego syna?
I tak sobie żyjemy. Wyluzowany książe pan, któremu nadal się wydaje, że nie ma żadnych obowiązków i ja - powtarzająca jak katarynka polecenia, wkurzająca się, klnąca, czasami wrzeszcząca.
Coraz częściej w swoim głosie odnajduję ton znany mi z wypowiedzi własnej matki. Jak to możliwe? Skoro moje dziecko do przesady naciąga strunę mojej cierpliwości, a ja (co z okazji Wigilii, pierwszy raz w życiu przyznała moja matka), jako dziecko byłam aniołem? Albo raczej - jak brzmiałby ton mojej matki, gdybym ja była taka jak Młody? ;)
Bycie matką nastolatka budzi we mnie heterę. I chciałabym, żeby minęło już najbliższe niespełna 7 lat, abym mogła być już po prostu sobą...
Kiedy Młody wrócił w Nowy Rok, po tygodniowej nieobecności, do domu, byłam matką wypoczętą i zrelaksowaną. Bez presji czasu i obowiazków, zachowywałam się tak, jak wydawało mi się, normalnie mogłabym zachowywać się w takich okolicznościach.
Młody zapytał mnie, pod koniec dnia, podejrzliwie:
- Dlaczego jesteś dla mnie taka podejrzanie miła?
Podejrzanie miła... To utwierdziło mnie w przekonaniu, że zamieniam się w heterę. I przeszkadza to nawet mnie.
Nienawidzę poranków w normalne dni szkolne. Kiedy Młodego trzeba obudzić, zwlec z łóżka, zadbać o to, by się ubrał, zjadł coś, był gotowy do wymarszu do szkoły, wraz ze wszystkimi potrzebnymi rzeczami. W takie poranki jak mantrę powtarzam "szykuj się, szykuj się!". Do porzygania.
Pod wpływem sugestii pani psycholog, z którą spotykaliśmy się w ubiegłym roku, kiedyś spróbowałam, jak to jest nie poganiać go co 5 minut. Niestety, eksperyment się nie powiódł. Moje dziecko nie stało się w cudowny sposób świetnie zorganizowaną jednostką i nie stało pod drzwiami, w stosownym momencie, gotowe do wyjścia. Powrót do "szykuj się! szykuj się!" był tym boleśniejszy, że operacja musiała być skrócona do kilku minut, a do szkoły i tak się spóźnił.
Bycie matką dziecka kilkuletniego wspominam jako ciągłą odpowiedzialność. Bycie matką nastolatka będę pewno wspominać jako bycie kapo. Który stoi nad synem i pogania go, niemal z batem w ręce.
Nie wiem czy tak jest ze wszystkimi nastolatkami (rozmowy z niektórymi znajomymi sprawiają, że nabieram przekonania, że z większością), ale Młody prezentuje doskonale rozwinięty "tumiwisizm". Jego ulubioną odpowiedzią, na każdy postulat czy polecenie jest słowo "Dobra". Przy czym, owo "Dobra" to mniej-więcej taka odpowiedź jak Charliego z "Dwóch i pół" - "Rozumiem". Jak wyjaśnił bohater tego serialu, owo "Rozumiem", wcale nie oznacza, że rozumie czy choćby interesuje się on problemem swojego rozmówcy. Podobnie jest z "Dobra" Młodego. Ono również nie oznacza, że interesuje się on moimi słowami albo że ma zamiar się do nich dostosować. "Dobra" to taki wytrych, który w jego mniemaniu ma mu zagwarantować chwilę spokoju od matczynego gderania. Młody, rób lekcje/sprzątnij kotu! Dobra - odpowiada on i nie spuszcza nawet oka z książki.
Dlatego moje życie w dużej mierze upływa na powtarzaniu w kółko tych samych poleceń i obserwowaniu, jak nie przynosi to żadnych większych efektów.
Tumiwisizm Młodego dotyczy również jego akceptowania kar i szlabanów. Nie będzie telewizora ani komputera, ani PSP? No, trudno. Zawsze pozostają mu książki, które lubi czytać i robi to nawet w wannie. A czy jakaś matka odważyłaby się nałożyć szlaban na ksiażki, dla nastoletniego syna?
I tak sobie żyjemy. Wyluzowany książe pan, któremu nadal się wydaje, że nie ma żadnych obowiązków i ja - powtarzająca jak katarynka polecenia, wkurzająca się, klnąca, czasami wrzeszcząca.
Coraz częściej w swoim głosie odnajduję ton znany mi z wypowiedzi własnej matki. Jak to możliwe? Skoro moje dziecko do przesady naciąga strunę mojej cierpliwości, a ja (co z okazji Wigilii, pierwszy raz w życiu przyznała moja matka), jako dziecko byłam aniołem? Albo raczej - jak brzmiałby ton mojej matki, gdybym ja była taka jak Młody? ;)
Bycie matką nastolatka budzi we mnie heterę. I chciałabym, żeby minęło już najbliższe niespełna 7 lat, abym mogła być już po prostu sobą...
24 stycznia 2012
Mamy w sieci wspierają MbL
Z radością ogłaszam, że Polska północna także wspiera Mikołajka :-) Portal Kujawsko-Pomorskich Mam umieścił na swoich stronach informację o antologii i baner, przekierowujący prosto do sklepu Czasu Kultury. Dziękujemy bardzo!
23 stycznia 2012
Do poczytania: Rodzina nuklearna
Zapraszam do lektury wpisu Małgosi, autorki bloga manufakturaradosci.blox.pl. Bardzo mi się podoba, a Wam?
Człowiek, w ciągu ostatnich kilku milionów lat, zmienił właściwe wszystko, poza samym sobą, swoją konstrukcją psycho – fizyczną i potrzebami, które z niej wynikają. Żyjemy zupełnie inaczej niż nasi pra praprzodkowie, świat wywrócił się do góry nogami, ale to czym byliśmy i czym jesteśmy łączy prawie idealny, niezmienny i oczywisty znak równości. Kilkaset lat to za mało, aby zmienić genetyczne i społeczne przeznaczenie człowieka; pozornie jesteśmy dostosowani do warunków, jakie zastajemy na Ziemi, ale w głębi duszy i ciała cierpimy i zmagamy się z problemami, bo nie jesteśmy w stanie w pełni funkcjonować w tym, co sami dla siebie wymyśleliśmy i zaprojektowaliśmy.
Dzisiejsza rodzina; środowisko, w którym przychodzą na świat dzieci, zupełnie się zatomizowała. Kiedyś młode pokolenie wychowywała wioska; społeczność; dziś jest to para ludzi, która często nie potrafi unieść odpowiedzialności i obciążeń jakie się z tym wiążą. Antropolożka i badaczka więzi, Dr Evelin Kirkilionis mówi o tej sytuacji tak: „Natura nie przewidziała dla nas szklanych biurowców i życia w nuklearnych, dwuosobowych rodzinach. Dlatego w naszym kręgu kulturowym zwłaszcza sytuacja matki – która jako karmiąca ma szczególną rolę do odegrania w życiu dziecka – jest szczególnie skomplikowana. W żyjących bliżej natury kulturach nie spotyka się czegoś takiego jak baby-blues, czyli lekkiej depresji pojawiającej się mniej więcej trzeciego dnia po urodzeniu dziecka – bo to nie wahnięcia hormonalne, jak się powszechnie sądzi, odpowiadają za pojawienie się tego spadku nastroju, ale właśnie aspekt kulturowy. Rzeczywistość, w której rola matki sprowadzona zostaje do zdegradowanej społecznie i pozbawionej wsparcia opiekunki na 24-godzinnym dyżurze, która w dodatku słyszy, że ponosi całą odpowiedzialność za przyszłą osobowość narodzonego właśnie dziecka, może zwalić z nóg nawet najodporniejszą osobę.”
Nuklearna rodzina, a szczególnie nuklearna matka to zjawiska śmiertelnie niebezpieczne. Zamknięcie w czterech ścianach, z maluchem, który wymaga nieustannej troski, uwagi i zaangażowania, odcięcie od życia społecznego, od kontaktów z dorosłymi ludźmi, snucie się po swoim własnym domu jak po więzieniu, wieczne oglądanie tych samych twarzy; nie może prowadzić do niczego dobrego.
Bycie z dzieckiem na pełen etat nie jest sielankowe, ani łatwe. Trzeba radzić sobie z emocjami, z poczuciem osaczenia, osamotnienia, z presją społeczną, z monotonią codzienności. Trudno to robić bez wsparcia i wychodzenia z domu. Odkąd zostałam mamą, uczęszczałam na dwa cykle babskich spotkań dla matek z małymi dziećmi, regularnie chodzę do kina na seanse dla mam, zabieram córkę, w różne, przyjazne nam obu miejsca. Gdyby nie te wentyle bezpieczeństwa w postaci możliwości odreagowania codzienności i zmiana krajobrazu za oknem, nie wytrzymałabym tak długo w domu. W rzeczywistości idealnej, takie formy spędzania czasu powinny być refundowane tak jak prozac: poprawiają nastrój, sprawiają, że nabiera się dystansu, odreagowuje stresy i zaczyna myśleć w nowy sposób. Wyjścia z dzieckiem nie zastąpią samotności i samodzielnych wypraw w niedzieciowy świat, ale pomagają organizować codzienność, która w czterech ścianach staje się czasami nie do zniesienia.
Dlatego apeluję do Was Drogie Mamy: nie zbierajcie nuklearnej złej energii i nie dręczcie nią siebie i otoczenia: szukajcie swojej wioski, towarzystwa, nie skazujcie się na samotność. Od wieków dzieci towarzyszyły rodzicom w codzienności. Dziś to rodzić niejako towarzyszy dziecku, podporządkowując mu czasem wszystkie aspekty swojego życia. Takie zatomizowanie wokół małego człowieka nie służy nikomu; ani jemu, ani nam. Czas przywrócić właściwe proporcje; do dzieła!
Człowiek, w ciągu ostatnich kilku milionów lat, zmienił właściwe wszystko, poza samym sobą, swoją konstrukcją psycho – fizyczną i potrzebami, które z niej wynikają. Żyjemy zupełnie inaczej niż nasi pra praprzodkowie, świat wywrócił się do góry nogami, ale to czym byliśmy i czym jesteśmy łączy prawie idealny, niezmienny i oczywisty znak równości. Kilkaset lat to za mało, aby zmienić genetyczne i społeczne przeznaczenie człowieka; pozornie jesteśmy dostosowani do warunków, jakie zastajemy na Ziemi, ale w głębi duszy i ciała cierpimy i zmagamy się z problemami, bo nie jesteśmy w stanie w pełni funkcjonować w tym, co sami dla siebie wymyśleliśmy i zaprojektowaliśmy.
Dzisiejsza rodzina; środowisko, w którym przychodzą na świat dzieci, zupełnie się zatomizowała. Kiedyś młode pokolenie wychowywała wioska; społeczność; dziś jest to para ludzi, która często nie potrafi unieść odpowiedzialności i obciążeń jakie się z tym wiążą. Antropolożka i badaczka więzi, Dr Evelin Kirkilionis mówi o tej sytuacji tak: „Natura nie przewidziała dla nas szklanych biurowców i życia w nuklearnych, dwuosobowych rodzinach. Dlatego w naszym kręgu kulturowym zwłaszcza sytuacja matki – która jako karmiąca ma szczególną rolę do odegrania w życiu dziecka – jest szczególnie skomplikowana. W żyjących bliżej natury kulturach nie spotyka się czegoś takiego jak baby-blues, czyli lekkiej depresji pojawiającej się mniej więcej trzeciego dnia po urodzeniu dziecka – bo to nie wahnięcia hormonalne, jak się powszechnie sądzi, odpowiadają za pojawienie się tego spadku nastroju, ale właśnie aspekt kulturowy. Rzeczywistość, w której rola matki sprowadzona zostaje do zdegradowanej społecznie i pozbawionej wsparcia opiekunki na 24-godzinnym dyżurze, która w dodatku słyszy, że ponosi całą odpowiedzialność za przyszłą osobowość narodzonego właśnie dziecka, może zwalić z nóg nawet najodporniejszą osobę.”
Nuklearna rodzina, a szczególnie nuklearna matka to zjawiska śmiertelnie niebezpieczne. Zamknięcie w czterech ścianach, z maluchem, który wymaga nieustannej troski, uwagi i zaangażowania, odcięcie od życia społecznego, od kontaktów z dorosłymi ludźmi, snucie się po swoim własnym domu jak po więzieniu, wieczne oglądanie tych samych twarzy; nie może prowadzić do niczego dobrego.
Bycie z dzieckiem na pełen etat nie jest sielankowe, ani łatwe. Trzeba radzić sobie z emocjami, z poczuciem osaczenia, osamotnienia, z presją społeczną, z monotonią codzienności. Trudno to robić bez wsparcia i wychodzenia z domu. Odkąd zostałam mamą, uczęszczałam na dwa cykle babskich spotkań dla matek z małymi dziećmi, regularnie chodzę do kina na seanse dla mam, zabieram córkę, w różne, przyjazne nam obu miejsca. Gdyby nie te wentyle bezpieczeństwa w postaci możliwości odreagowania codzienności i zmiana krajobrazu za oknem, nie wytrzymałabym tak długo w domu. W rzeczywistości idealnej, takie formy spędzania czasu powinny być refundowane tak jak prozac: poprawiają nastrój, sprawiają, że nabiera się dystansu, odreagowuje stresy i zaczyna myśleć w nowy sposób. Wyjścia z dzieckiem nie zastąpią samotności i samodzielnych wypraw w niedzieciowy świat, ale pomagają organizować codzienność, która w czterech ścianach staje się czasami nie do zniesienia.
Dlatego apeluję do Was Drogie Mamy: nie zbierajcie nuklearnej złej energii i nie dręczcie nią siebie i otoczenia: szukajcie swojej wioski, towarzystwa, nie skazujcie się na samotność. Od wieków dzieci towarzyszyły rodzicom w codzienności. Dziś to rodzić niejako towarzyszy dziecku, podporządkowując mu czasem wszystkie aspekty swojego życia. Takie zatomizowanie wokół małego człowieka nie służy nikomu; ani jemu, ani nam. Czas przywrócić właściwe proporcje; do dzieła!
20 stycznia 2012
MbL w latte24.pl
Mamy nowego patrona. Dzięki uprzejmości Agaty Luśtyk "Macierzyństwo bez lukru" ma stałe miejsce na stronie głównej serwisu latte24.pl. Publikujemy tam matczyne opowieści, na początek przypominamy te, które pojawiły się tutaj jako pierwsze.
19 stycznia 2012
Życie na huśtawce
Nasze Autorki to dziewczyny niesamowite, dzielne i kreatywne. Jedna z nich, znana jako Agnieszek, wydała książkę zatytułowaną "Huśtawka", w której opisała 10 lat życia z autystyczną córką. Kto czytał Jej bloga, wie, jakie jest to życie, a kto nie czytał, ma okazję je poznać. To wzruszająca, gorzka, trudna, ale i piękna opowieść - zdecydowanie bez lukru.
Można ją kupić na Allegro. Poprzednia aukcja zakończyła się w mgnieniu oka, więc kto chce, niech się spieszy.
Można ją kupić na Allegro. Poprzednia aukcja zakończyła się w mgnieniu oka, więc kto chce, niech się spieszy.
Do poczytania: neopersen
Dziś mamy dla Was notkę mietki, jednej z Autorek antologii, która pisze bloga http://mietla-pod-dywan.blog.pl. Mietka startuje w konkursie Blog Roku 2011, zagłosujcie na nią, jeśli jej pisanie przypadnie Wam do gustu. Tu też nie ma słodzenia!
Tydzień składający się z dwóch niedziel to nie jest to, co mietka-polka lubi najbardziej. Już jedna niedziela w tygodniu potrafi nadszarpnąć moje delikatne nerwy, a co dopiero dwie... Szczęśliwie ten świąteczny maraton już się kończy i wracamy do normalnego trybu. Czyli 5 dni w placówkach i 2 dni z rodzicami. Chociaż może gdyby w naszej rodzinie obowiązywała zasada "z rodzicami" a nie tylko z samą matką byłoby łatwiej. :)
Może jestem mało kreatywna, ale ja już po pierwszej niedzieli jestem kompletnie wyprztykana z pomysłów na to, co można robić z dziećmi w domu, bo nie bardzo da się z niego wyjść. Od piątku, który w tym tygodniu był sobotą ułożyliśmy już ze 20 różnych puzzli, budowaliśmy z klocków, oberzeliśmy kilka godzin bajek, skakaliśmy, tańczyliśmy, graliśmy w żabki, motylki, gotowaliśmy i czytaliśmy.
Mam ochotę sobie dać po żyłach... Chyba zatrudnię jakąś animatorkę na podwójne niedziele...
Oczywiście, że cieszy mnie czas spędzany z moimi dziećmi, ale heloł.. Niech on będzie mi podawany w jakichś rozsądnych dawkach. Mnie się jeszcze nie przestały ręce trząść po świętach, a tu znów kolejne... Uwielbiam moje dzieci, ale "mamapicie", "mamasiku", "mamabajkę", "mamagłodny/ajestem", powtarzane mi po tysiąckroć sprawia, że ukojenia zaczęłam szukać w neopersenie... I w sumie pomaga. Już samo to, że nie wrzeszczałam jak opętana na mojego pierworodnego, gdy 16 raz miał do mnie jakąś sprawę, a już dawno powinien spać, a ja byłam w trakcie "relaksowania się" przy desce do prasowania, sprawiło, że polubiłam to nieco wyciszone podejście do życia :) Chociaż mam wrażenie, że gdyby po tym neopersenie było jeszcze "forte", efekt byłby jeszcze badziej spektakularny i może nawet podałabym mu wodę z uśmiechem, a nie zgrzytając zębami, czując silną ochotę na wylanie mu jej na głowę? Nie wiem sama.. Może powinno tam być jednak forte..
A dzisia... Na razie mam za sobą jeden wydany posiłek, 2 obrane jabłka, kilka mamasików (co cieszy mnie przecież bo mała larwa porzuciła pampersy ostatecznie) i jak na zbawienie czekam na moją mamę...
Jak przeżyję to odezwę się wieczorem. :)
Tydzień składający się z dwóch niedziel to nie jest to, co mietka-polka lubi najbardziej. Już jedna niedziela w tygodniu potrafi nadszarpnąć moje delikatne nerwy, a co dopiero dwie... Szczęśliwie ten świąteczny maraton już się kończy i wracamy do normalnego trybu. Czyli 5 dni w placówkach i 2 dni z rodzicami. Chociaż może gdyby w naszej rodzinie obowiązywała zasada "z rodzicami" a nie tylko z samą matką byłoby łatwiej. :)
Może jestem mało kreatywna, ale ja już po pierwszej niedzieli jestem kompletnie wyprztykana z pomysłów na to, co można robić z dziećmi w domu, bo nie bardzo da się z niego wyjść. Od piątku, który w tym tygodniu był sobotą ułożyliśmy już ze 20 różnych puzzli, budowaliśmy z klocków, oberzeliśmy kilka godzin bajek, skakaliśmy, tańczyliśmy, graliśmy w żabki, motylki, gotowaliśmy i czytaliśmy.
Mam ochotę sobie dać po żyłach... Chyba zatrudnię jakąś animatorkę na podwójne niedziele...
Oczywiście, że cieszy mnie czas spędzany z moimi dziećmi, ale heloł.. Niech on będzie mi podawany w jakichś rozsądnych dawkach. Mnie się jeszcze nie przestały ręce trząść po świętach, a tu znów kolejne... Uwielbiam moje dzieci, ale "mamapicie", "mamasiku", "mamabajkę", "mamagłodny/ajestem", powtarzane mi po tysiąckroć sprawia, że ukojenia zaczęłam szukać w neopersenie... I w sumie pomaga. Już samo to, że nie wrzeszczałam jak opętana na mojego pierworodnego, gdy 16 raz miał do mnie jakąś sprawę, a już dawno powinien spać, a ja byłam w trakcie "relaksowania się" przy desce do prasowania, sprawiło, że polubiłam to nieco wyciszone podejście do życia :) Chociaż mam wrażenie, że gdyby po tym neopersenie było jeszcze "forte", efekt byłby jeszcze badziej spektakularny i może nawet podałabym mu wodę z uśmiechem, a nie zgrzytając zębami, czując silną ochotę na wylanie mu jej na głowę? Nie wiem sama.. Może powinno tam być jednak forte..
A dzisia... Na razie mam za sobą jeden wydany posiłek, 2 obrane jabłka, kilka mamasików (co cieszy mnie przecież bo mała larwa porzuciła pampersy ostatecznie) i jak na zbawienie czekam na moją mamę...
Jak przeżyję to odezwę się wieczorem. :)
18 stycznia 2012
Do poczytania: W czarnej dupie macierzyństwa
Dziś na naszych stronach debiutuje f_jak_frustratka, autorka poczytnego bloga http://fjakfrustratka.blox.pl. Prezentujemy jeden z Jej mocniejszych tekstów. Ostro, ale bardzo na temat.
Zabić to mało. Zabić to mało, siebie, ich, jego. Charczą, kaszlą, smarkają na zielono, rzygają. Cały dom zarzygany gorzkimi syropami. Nie chcą pić, nie chcą jeść, nie chcą brać leków. Nie mogą spać. Dzieci są chore, wszystko staje na głowie, sama stajesz na głowie, żeby tylko wyzdrowiały. Pijesz te gorzkie syropy robiąc jednocześnie salto mortale, zobaczcie jakie to dobre, ile mamusia ma siły, po syropku. Mieszasz z zupkami, serkami, sokami. Mieszasz, wylewasz, ścierasz rzygowiny. Podcierasz nosy, tyłki, sama masz już rozstrój żołądka i nie masz czasu porządnie się wysmarkać .
Nocami wyciągasz swoją psią matę i warujesz pod łóżkami. Z miską na rzygi, ze ścierą, z termometrem i strzykawkami do lekarstw, do picia. Marzysz o tym, że rano będzie lepiej. Wiesz, że jesteś głupia. Nigdy nie jest lepiej, zawsze jest gorzej, zadzwonisz po lekarza i wypisze ci skierowanie do szpitala. Albo odwodnione, albo z zapaleniem płuc - w zależności co aktualnie przerabiasz. A wtedy będziesz na drodze krzyżowej macierzyństwa, leżąc pod łóżkiem swojego dziecka w sześcioosobowej sali. Będziesz miała 3 w 1 - ogród oliwny, biczowanie i krzyż Pański, gratis cierpienie matki pod krzyżem. Będziesz w czarnym lesie macierzyństwa, w jego czarnej dupie.
Zrywasz się, wciskasz do zaciśniętych w linijkę ust strzykawkę z lekiem, przytrzymujesz na siłę małe ciałko pod aparaturą do wziewów, poisz naparstkiem śpiewając "sto lat". Na nic to, na nic. Z bezsilności płaczesz, masz ochotę się upić skoczyć z balkonu, zasnąć i się nie obudzić.
Jak mogłaś dać się w to wrobić. I komu?
Oddałabyś wszystkie pieniądze świata. Żeby ktoś wziął cię na ręce, położył do łóżka, zaparzył herbatę, dał gorzkie lekarstwo, przyłożył rękę do czoła i nakazał spać. Oddałabyś wszystkie pieniądze świata, żeby na jedną noc znów stać się dzieckiem i śnić w malignie i patrzeć zamglonymi oczami na zatroskaną twarz własnej matki.
Zabić to mało. Zabić to mało, siebie, ich, jego. Charczą, kaszlą, smarkają na zielono, rzygają. Cały dom zarzygany gorzkimi syropami. Nie chcą pić, nie chcą jeść, nie chcą brać leków. Nie mogą spać. Dzieci są chore, wszystko staje na głowie, sama stajesz na głowie, żeby tylko wyzdrowiały. Pijesz te gorzkie syropy robiąc jednocześnie salto mortale, zobaczcie jakie to dobre, ile mamusia ma siły, po syropku. Mieszasz z zupkami, serkami, sokami. Mieszasz, wylewasz, ścierasz rzygowiny. Podcierasz nosy, tyłki, sama masz już rozstrój żołądka i nie masz czasu porządnie się wysmarkać .
Nocami wyciągasz swoją psią matę i warujesz pod łóżkami. Z miską na rzygi, ze ścierą, z termometrem i strzykawkami do lekarstw, do picia. Marzysz o tym, że rano będzie lepiej. Wiesz, że jesteś głupia. Nigdy nie jest lepiej, zawsze jest gorzej, zadzwonisz po lekarza i wypisze ci skierowanie do szpitala. Albo odwodnione, albo z zapaleniem płuc - w zależności co aktualnie przerabiasz. A wtedy będziesz na drodze krzyżowej macierzyństwa, leżąc pod łóżkiem swojego dziecka w sześcioosobowej sali. Będziesz miała 3 w 1 - ogród oliwny, biczowanie i krzyż Pański, gratis cierpienie matki pod krzyżem. Będziesz w czarnym lesie macierzyństwa, w jego czarnej dupie.
Zrywasz się, wciskasz do zaciśniętych w linijkę ust strzykawkę z lekiem, przytrzymujesz na siłę małe ciałko pod aparaturą do wziewów, poisz naparstkiem śpiewając "sto lat". Na nic to, na nic. Z bezsilności płaczesz, masz ochotę się upić skoczyć z balkonu, zasnąć i się nie obudzić.
Jak mogłaś dać się w to wrobić. I komu?
Oddałabyś wszystkie pieniądze świata. Żeby ktoś wziął cię na ręce, położył do łóżka, zaparzył herbatę, dał gorzkie lekarstwo, przyłożył rękę do czoła i nakazał spać. Oddałabyś wszystkie pieniądze świata, żeby na jedną noc znów stać się dzieckiem i śnić w malignie i patrzeć zamglonymi oczami na zatroskaną twarz własnej matki.
17 stycznia 2012
Do poczytania: przygody Kasi i czteroletniej Tosi
W cyklu Do poczytania zapraszamy do lektury zapisków Kasi, Autorki antologii występującej pod pseudonimem kg.
Radykalna czterolatka
Z czteroletnią Tosią nie ma żartów.
Nie ma taryfy ulgowej, gdy ktoś - lub coś - jej podpadnie.
"Jesteś niedoblą mamą" - słyszę, gdy się na coś nie zgadzam - "Ja bym Cię juz nie chciała nigdy widzieć!"
"Jesteś niedoblym Tomkiem!" - mówi do brata, gdy ten, ledwo żywy ze szczęścia, łapie ją za wlosy.
"Ja bym nie chciała miec ZADNYCH nóg!" - pomstuje, gdy się uderzy w kolano.
Nie daj Boże szarpnąć ją za włosy przy rozczesywaniu.
"Auuuuu!! Boli!! Ja to bym nie chciała mieć juz NIGDY zadnych włosów!"
Przyznam, że gdy zatarła sobie oko i oświadczyła ze złością, że nie chciałaby mieć już nigdy „zadnych ocu”, lekkie ciarki mnie przeszły.
A ostatnio tak się jakoś stało, że w drodze do swojego pokoju Tosia zderzyła się z framugą drzwi. Dość mocno się zderzyła, więc lament był słusznych rozmiarów. Płacze nasza córka, płacze wniebogłosy, głucha na wszelkie pociechy...
Nagle zapada cisza.
- Mamo, musę ci coś powiedzieć - odzywa się całkiem rzeczowym tonem i prawie bez śladu łez.
- Słucham cię, kochanie - mówię pospiesznie, zachodząc w głowę, jakie to zagadnienie tak skutecznie odciągnęło jej myśli od świeżego nieszczęścia.
- Wyzućcie te wsystkie ściany i dzwi!!!
...i w ryk.
Wrażliwi niech nie czytają
Jadłyśmy z czteroletnią Tosią obiad w Ikei. Zmierzałyśmy właśnie do szczęśliwego finału, gdy padło znienacka:
- Mamusiu, kupkę.
Ups.
Cóż było robić. Udałyśmy się do damskiej toalety, gdzie wymościłam deskę sedesową dużą ilością papieru toaletowego i usadziłam królewnę na tronie. Ta umościła się wygodnie, natężyła, po czym oznajmiła rozgłośnie:
- Mamo, kupa mi wisi.
- Jezu – jęknęłam – a czy ja muszę o tym wiedzieć?!
(ja i wszystkie inne panie zebrane w pomieszczeniu, dodam...)
Rychło okazało się, że anons nie był wstępem do pogawędki, lecz do sprecyzowania oczekiwań:
- Ale pomóz mi ją odcepić!
- ?!??
(że niby jak?!)
Szczęśliwie próba kreatywności została mi oszczędzona, bo po chwili Tosia oznajmiła:
- O, odcepiła się.
Ufff.
To jednak nie był koniec.
Uczepionemu deski Tosiaczkowi pupa stopniowo zjeżdżała w dół. Finał łatwo było przewidzieć:
- Mamo, ale ta kupa mnie dotyka.
No, to było stosunkowo proste: spuściłam wodę.
W sumie dobrze, że Tosia sadzi te swoje kupy przez długie kwadranse. Nie, żeby niekończący pobyt w ikeowskiej toalecie bił na głowę okoliczne atrakcje, ale jedno było pewne – ekipa, która wysłuchała tych wszystkich rewelacji na pewno zdołała już opuścić przybytek. Dzięki czemu i my mogłyśmy bez większego obciachu wychylić się w końcu z naszego boksu.
Możemy udawać, że fizjologia dotyczy nas w niewielkim stopniu.
Dopóki nie mamy dzieci.
Radykalna czterolatka
Z czteroletnią Tosią nie ma żartów.
Nie ma taryfy ulgowej, gdy ktoś - lub coś - jej podpadnie.
"Jesteś niedoblą mamą" - słyszę, gdy się na coś nie zgadzam - "Ja bym Cię juz nie chciała nigdy widzieć!"
"Jesteś niedoblym Tomkiem!" - mówi do brata, gdy ten, ledwo żywy ze szczęścia, łapie ją za wlosy.
"Ja bym nie chciała miec ZADNYCH nóg!" - pomstuje, gdy się uderzy w kolano.
Nie daj Boże szarpnąć ją za włosy przy rozczesywaniu.
"Auuuuu!! Boli!! Ja to bym nie chciała mieć juz NIGDY zadnych włosów!"
Przyznam, że gdy zatarła sobie oko i oświadczyła ze złością, że nie chciałaby mieć już nigdy „zadnych ocu”, lekkie ciarki mnie przeszły.
A ostatnio tak się jakoś stało, że w drodze do swojego pokoju Tosia zderzyła się z framugą drzwi. Dość mocno się zderzyła, więc lament był słusznych rozmiarów. Płacze nasza córka, płacze wniebogłosy, głucha na wszelkie pociechy...
Nagle zapada cisza.
- Mamo, musę ci coś powiedzieć - odzywa się całkiem rzeczowym tonem i prawie bez śladu łez.
- Słucham cię, kochanie - mówię pospiesznie, zachodząc w głowę, jakie to zagadnienie tak skutecznie odciągnęło jej myśli od świeżego nieszczęścia.
- Wyzućcie te wsystkie ściany i dzwi!!!
...i w ryk.
Wrażliwi niech nie czytają
Jadłyśmy z czteroletnią Tosią obiad w Ikei. Zmierzałyśmy właśnie do szczęśliwego finału, gdy padło znienacka:
- Mamusiu, kupkę.
Ups.
Cóż było robić. Udałyśmy się do damskiej toalety, gdzie wymościłam deskę sedesową dużą ilością papieru toaletowego i usadziłam królewnę na tronie. Ta umościła się wygodnie, natężyła, po czym oznajmiła rozgłośnie:
- Mamo, kupa mi wisi.
- Jezu – jęknęłam – a czy ja muszę o tym wiedzieć?!
(ja i wszystkie inne panie zebrane w pomieszczeniu, dodam...)
Rychło okazało się, że anons nie był wstępem do pogawędki, lecz do sprecyzowania oczekiwań:
- Ale pomóz mi ją odcepić!
- ?!??
(że niby jak?!)
Szczęśliwie próba kreatywności została mi oszczędzona, bo po chwili Tosia oznajmiła:
- O, odcepiła się.
Ufff.
To jednak nie był koniec.
Uczepionemu deski Tosiaczkowi pupa stopniowo zjeżdżała w dół. Finał łatwo było przewidzieć:
- Mamo, ale ta kupa mnie dotyka.
No, to było stosunkowo proste: spuściłam wodę.
W sumie dobrze, że Tosia sadzi te swoje kupy przez długie kwadranse. Nie, żeby niekończący pobyt w ikeowskiej toalecie bił na głowę okoliczne atrakcje, ale jedno było pewne – ekipa, która wysłuchała tych wszystkich rewelacji na pewno zdołała już opuścić przybytek. Dzięki czemu i my mogłyśmy bez większego obciachu wychylić się w końcu z naszego boksu.
Możemy udawać, że fizjologia dotyczy nas w niewielkim stopniu.
Dopóki nie mamy dzieci.
16 stycznia 2012
Recenzja w egodziecka.pl
Z przyjemnością i dumą przedstawiam recenzję naszej antologii autorstwa Karoliny Zakrzewskiej, opublikowaną w portalu egodziecka.pl.
13 stycznia 2012
Do poczytania: Przygody mamyblues i grzdyla
Kochani Czytelnicy, reaktywujemy cykl "Do poczytania", w ramach którego prezentujemy wybrane notki z blogów, które lubimy i cenimy. Dziś na naszych stronach debiutuje mamablues, która bloguje od grudnia 2002.
Co masz w nosie?
Młoda zajrzała mi przez ramię, podmuchując mocno przez nos.
- Cukejek - wyjaśniła.
- Wsadziłaś sobie cukierek do nosa? - jako żywo nie było w domu ostatnio żadnych cukierków poza czekoladowymi.
- Tak.
- Dmuchaj - podsunęłam jej chusteczkę. Czysto. Ani śladu czekolady.
Zajrzałam do nosa. Nic.
Dwa dni później grzdyl zrobił aferę na pół Jerozolimskich. Mniejsza o przyczyny, najważniejsze, że usmarkała się do pasa. Na rękawie kombinezonu, oprócz "baboków", znalazłam też czerwony koralik o średnicy 0,5 cm. Zaginiony cukierek... Pozostałość po jednej ze sprezentowanych lalek. Ten, którego nie znalazłam na podłodze po rozsypaniu się wymyślnej fryzury barbisa.
Co gorsza, od wysmarkania koralika zaczęło się katarzysko. Żadne dmuchanie nie pomagało, z lewej dziurki kapało co kilka minut. W trakcie szykowania się do popołudniowej drzemki urządziłyśmy rytualne czyszczenie nosa. Dmuch. Zaglądam. Ale babok w środku! Dmuch. Babok niby bliżej, ale jakiś dziwny... Kawałek patyczka??? Nie daj Boh ułamana wykałaczka? Dmuch - nic. Dmuch - znowu nic. Jeny, jutro do lekarza, niech jej to wyjmą, nie zaryzykuję
poharatania dziecku nosa...
Jednak zaryzykowałam - patyczkiem z minimum wacika. Młoda spokojna, czyli nie boli. Ostrożniutko, pomaleńku wyciągnęłam jej z nosa trójkąt z grubego kartonu. Rozmoczony nieco, ale wciąż dość sztywny. Jakieś 3 na 3 na 2 cm.
Na dziś koniec kopania.
(2,5-letni wówczas grzdyl dzisiaj ma 11 lat)
=============================
Bija
Poniedziałkowy poranek pobudził pamięć grzdyla o ubiegłotygodniowych wydarzeniach w przedszkolu.
- Byłam biją w sieśkolu - pochwaliła się w trakcie ubierania.
- Naprawdę? - zdziwiłam się.
- Agata była żiabą, a ja biją.
- Chyba żmiją?
- Biją mamo - dziecko spojrzało na mnie z dezaprobatą.
- A co to jest bija?
- To taki potój.
- I co on robi?
- To - i grzdyl zamachał zabawnie łapami.
- A! To taki śmieszny potwór?
- Tak mamo.
Muszę się jeszcze wiele nauczyć. Niestety, zapomniałam zapytać wychowawczynię, co to jest bija. Postaram się pamiętać po południu.
Bija
Odcinek drugi
Grupą grzdyla zajmują się trzy wychowawczynie.
Dziś rano złapałam jedną z nich.
- Co to jest bija? Dziecko twierdzi, że było w przedszkolu biją, a jej koleżanka Agata w tym samym czasie żabą.
- Bija? Pierwsze słyszę. Anka! - wywołała drugą wychowawczynię. - Co to jest bija? Podobno Małgosia się w to bawiła.
- Wczoraj?
- Nie, w zeszłym tygodniu. Według Małgosi bija to taki potwór, który w ten sposób macha łapami - zaprezentowałam element tańca "Kaczuszki", modnego grubo ponad dwadzieścia lat temu.
- Nie mam pojęcia. Może to dyrektorka tak się z nimi bawiła? A może dzieciaki same coś wymyśliły?
- Nie wiem. Wiem tylko, że Agata była w tym czasie żabą.
- Tak, bo ona często tak się zachowuje. Możliwe, że to pomysł dziewczynek. A Małgosia potrafi. Ooooooo! Potrafi!!!
- Mam się bać? - zapytałam niepewnie.
- Nie, to ja się boję - wyznała wychowczyni i obiecała, że spróbuje wyjaśnić, co to jest ta bija nieszczęsna.
Albo szczęsna.
Bija
Odcinek trzeci i ostatni
Jaka ja jestem tępa!
Osobiście włączam dziecku tę bajkę od dwóch tygodni. Codziennie minimum raz, bo takie ma życzenie. Nie mam nic przeciwko temu, bo to film z serii Simsala Grimm, a to najlepiej zdubbingowane bajeczki na VCD.
Kim, a raczej czym jest bija, wiercąca się, fruwająca i faktycznie bijąca? Kijem samobijem. Po prostu. Hasło "Bij kiju samobiju" pojawia się w filmie "Stoliczku, nakryj się" co najmniej trzykrotnie, a skoro wołacz do imienia "Małgosia" brzmi "Małgosiu", to mianownik wołacza "biju" musi brzmieć "bija".
Proste, nie?
I tylko jedna rzecz mnie niepokoi.
W co bija bawiła się z żabą???
(3 lata)
==============================
Baba z wąsami
- Jakie masz uszi mamo?
- Swoje własne - odparłam zakładając grzdylowi piżamkę.
- A oczi jakie masz?
- Brązowe.
- A wąsi?
- Jakie wąsy???!!!
- Na buzi.
- Ja nie mam wąsów!!!!
- Masz.
- Gdzie???
- O tu!
Tym oto sposobem wydało się, że przesunęłam sobie wąsy na czoło.
Jesienny bez
- Mamo, ja chce bez.
- Co ty chcesz?
- Chce bez - oświadczył grzdyl i przyniósł mi miseczkę, w której jeszcze
kilka minut temu znajdował się budyń przyozdobiony żelkami, wisienkami i
waflową rurką.
- Co to jes?
- To jest budyń.
- Chce bez budyniu.
- Ale tu już został TYLKO budyń kochanie. Chcesz mieć pustą miseczkę?
- Tak. Nie jubie budyniu.
(3 lata)
========================
Dekonspiracja
Grzdyl wygramolił się z łóżka i przytuptał do mojego pokoju.
- Dlaczego nie powiedziałaś mi dobranoc?
- Niemożliwe. Nie powiedziałam ci? - fakt, że od poniedziałku nie ma
całowania, bo jeden zdechlak w domu wystarczy, ale taki numer dawno mi się
nie przytrafił.
- Nie powiedziałaś. Wcale a wcale - rozżaliła się młoda.
- Bardzo cię przepraszam. To pewnie przez tę chorobę pamięć mi trochę
szwankuje. Dobranoc skarbie. Śpij dobrze. Kolorowych snów.
- Ty już jesteś troche stara, prawda mamo?
- Hm. No, trochę tak.
- Tak jak babcia, prawda?
Precz z preczem
Kilka dni temu.
Wieczór.
Grzdyl teoretycznie już śpi.
Sflaczała po prochach na swoje zapalenia leżę na tapczanie i nadrabiam
zaległości filmowe.
"Maratończyk" z Dustinem Hoffmanem.
Od 2 miesięcy odkładałam seans, uprzedzona o wyjątkowym okrucieństwie filmu.
- A dlaczego ten pan zabił tego drugiego pana? - słyszę nagle przez uchylone
drzwi.
- A co ty tu robisz? Miałaś spać!
- Ale ja nie moge zasnąć.
- Szybciutko uciekaj do łóżka.
- A co oglądasz mamo?
- Film nie dla dzieci. Zmykaj.
- Ale ja też chce obejrzeć.
- Mówię, że to nie dla dzieci, szybko do swojego pokoju.
- On go nożem zabił?
- Małgośka! - włączam pauzę. - Proszę natychmiast iść do swojego pokoju.
Poszła.
Ręka świerzbi na widok pilota, bo przerwałam oglądanie w wyjątkowo
intrygującym momencie.
Odczekuję 10 minut.
Cisza.
Włączam telewizor.
Cichutko.
- Mamo, a dlaczego ten pan musiał połknąć ten kamyk?
- Precz - rzucam nieuważnie w kierunku drzwi, wpatrzona w finałową akcję. A
po sekundzie słyszę cichutki szloch.
- Nie-e-e można tak tra-a-aktować ludzi...
Nocny horror
Niedziela.
Godzina 6 w samym środku nocy.
- Mamo! Mamoooooooo!
Rozklejam oczy.
Pełznę do pokoju grzdyla.
Młoda siedzi na posłaniu i popłakuje.
- Mamo!
- Jestem, co się dzieje?
- Śniło mi sie, że potwór cie zabił!
- To był tylko zły sen, nic złego się nie dzieje.
- Był paskudny i miał kolce. A ty miałaś trzecią rączkę.
- Trzecią rączkę? - mimo barbarzyńskiej pory natychmiast wyobrażam sobie
wygodę takiego rozwiązania. Szczególnie podczas zakupów.
- Tutaj ci wyrastała, z tej - prawej ręki.
- Ale wszystko jest w porządku, tak?
- Tak.
- Czekaj, przykryję cię. Dobranoc.
- Dobranoc.
Zdążyłam się tylko wygodnie ułożyć, a już drzwi zaskrzypiały, na moim wyrku
wylądowała dodatkowa kołdra, a cienki głosik wyszeptał mi do ucha:
- Na grzbiecie miał te kolce, wiesz?
I natychmiast zasapał przez sen.
Kronika zapowiedzianej śmierci
- Zobacz, jak ja wyglądam! - młoda wyprężyła pierś. W moim biustonoszu.
- Hm. Chyba musisz jeszcze trochę urosnąć.
- A jak ja urosnę, to ty już nie będziesz żyła i zostanę bez rodziny?
- Nie wiem. Mam nadzieję, że jeszcze trochę pożyję.
- A wiesz, kiedy umrzesz?
- Na szczęście nie mam pojęcia.
- A ja wiem. 18 czerwca.
No to jeszcze trochę czasu mi zostało.
Jak to się, bździągwie jednej, spieszy do moich biustonoszy.
(5 lat)
Co masz w nosie?
Młoda zajrzała mi przez ramię, podmuchując mocno przez nos.
- Cukejek - wyjaśniła.
- Wsadziłaś sobie cukierek do nosa? - jako żywo nie było w domu ostatnio żadnych cukierków poza czekoladowymi.
- Tak.
- Dmuchaj - podsunęłam jej chusteczkę. Czysto. Ani śladu czekolady.
Zajrzałam do nosa. Nic.
Dwa dni później grzdyl zrobił aferę na pół Jerozolimskich. Mniejsza o przyczyny, najważniejsze, że usmarkała się do pasa. Na rękawie kombinezonu, oprócz "baboków", znalazłam też czerwony koralik o średnicy 0,5 cm. Zaginiony cukierek... Pozostałość po jednej ze sprezentowanych lalek. Ten, którego nie znalazłam na podłodze po rozsypaniu się wymyślnej fryzury barbisa.
Co gorsza, od wysmarkania koralika zaczęło się katarzysko. Żadne dmuchanie nie pomagało, z lewej dziurki kapało co kilka minut. W trakcie szykowania się do popołudniowej drzemki urządziłyśmy rytualne czyszczenie nosa. Dmuch. Zaglądam. Ale babok w środku! Dmuch. Babok niby bliżej, ale jakiś dziwny... Kawałek patyczka??? Nie daj Boh ułamana wykałaczka? Dmuch - nic. Dmuch - znowu nic. Jeny, jutro do lekarza, niech jej to wyjmą, nie zaryzykuję
poharatania dziecku nosa...
Jednak zaryzykowałam - patyczkiem z minimum wacika. Młoda spokojna, czyli nie boli. Ostrożniutko, pomaleńku wyciągnęłam jej z nosa trójkąt z grubego kartonu. Rozmoczony nieco, ale wciąż dość sztywny. Jakieś 3 na 3 na 2 cm.
Na dziś koniec kopania.
(2,5-letni wówczas grzdyl dzisiaj ma 11 lat)
=============================
Bija
Poniedziałkowy poranek pobudził pamięć grzdyla o ubiegłotygodniowych wydarzeniach w przedszkolu.
- Byłam biją w sieśkolu - pochwaliła się w trakcie ubierania.
- Naprawdę? - zdziwiłam się.
- Agata była żiabą, a ja biją.
- Chyba żmiją?
- Biją mamo - dziecko spojrzało na mnie z dezaprobatą.
- A co to jest bija?
- To taki potój.
- I co on robi?
- To - i grzdyl zamachał zabawnie łapami.
- A! To taki śmieszny potwór?
- Tak mamo.
Muszę się jeszcze wiele nauczyć. Niestety, zapomniałam zapytać wychowawczynię, co to jest bija. Postaram się pamiętać po południu.
Bija
Odcinek drugi
Grupą grzdyla zajmują się trzy wychowawczynie.
Dziś rano złapałam jedną z nich.
- Co to jest bija? Dziecko twierdzi, że było w przedszkolu biją, a jej koleżanka Agata w tym samym czasie żabą.
- Bija? Pierwsze słyszę. Anka! - wywołała drugą wychowawczynię. - Co to jest bija? Podobno Małgosia się w to bawiła.
- Wczoraj?
- Nie, w zeszłym tygodniu. Według Małgosi bija to taki potwór, który w ten sposób macha łapami - zaprezentowałam element tańca "Kaczuszki", modnego grubo ponad dwadzieścia lat temu.
- Nie mam pojęcia. Może to dyrektorka tak się z nimi bawiła? A może dzieciaki same coś wymyśliły?
- Nie wiem. Wiem tylko, że Agata była w tym czasie żabą.
- Tak, bo ona często tak się zachowuje. Możliwe, że to pomysł dziewczynek. A Małgosia potrafi. Ooooooo! Potrafi!!!
- Mam się bać? - zapytałam niepewnie.
- Nie, to ja się boję - wyznała wychowczyni i obiecała, że spróbuje wyjaśnić, co to jest ta bija nieszczęsna.
Albo szczęsna.
Bija
Odcinek trzeci i ostatni
Jaka ja jestem tępa!
Osobiście włączam dziecku tę bajkę od dwóch tygodni. Codziennie minimum raz, bo takie ma życzenie. Nie mam nic przeciwko temu, bo to film z serii Simsala Grimm, a to najlepiej zdubbingowane bajeczki na VCD.
Kim, a raczej czym jest bija, wiercąca się, fruwająca i faktycznie bijąca? Kijem samobijem. Po prostu. Hasło "Bij kiju samobiju" pojawia się w filmie "Stoliczku, nakryj się" co najmniej trzykrotnie, a skoro wołacz do imienia "Małgosia" brzmi "Małgosiu", to mianownik wołacza "biju" musi brzmieć "bija".
Proste, nie?
I tylko jedna rzecz mnie niepokoi.
W co bija bawiła się z żabą???
(3 lata)
==============================
Baba z wąsami
- Jakie masz uszi mamo?
- Swoje własne - odparłam zakładając grzdylowi piżamkę.
- A oczi jakie masz?
- Brązowe.
- A wąsi?
- Jakie wąsy???!!!
- Na buzi.
- Ja nie mam wąsów!!!!
- Masz.
- Gdzie???
- O tu!
Tym oto sposobem wydało się, że przesunęłam sobie wąsy na czoło.
Jesienny bez
- Mamo, ja chce bez.
- Co ty chcesz?
- Chce bez - oświadczył grzdyl i przyniósł mi miseczkę, w której jeszcze
kilka minut temu znajdował się budyń przyozdobiony żelkami, wisienkami i
waflową rurką.
- Co to jes?
- To jest budyń.
- Chce bez budyniu.
- Ale tu już został TYLKO budyń kochanie. Chcesz mieć pustą miseczkę?
- Tak. Nie jubie budyniu.
(3 lata)
========================
Dekonspiracja
Grzdyl wygramolił się z łóżka i przytuptał do mojego pokoju.
- Dlaczego nie powiedziałaś mi dobranoc?
- Niemożliwe. Nie powiedziałam ci? - fakt, że od poniedziałku nie ma
całowania, bo jeden zdechlak w domu wystarczy, ale taki numer dawno mi się
nie przytrafił.
- Nie powiedziałaś. Wcale a wcale - rozżaliła się młoda.
- Bardzo cię przepraszam. To pewnie przez tę chorobę pamięć mi trochę
szwankuje. Dobranoc skarbie. Śpij dobrze. Kolorowych snów.
- Ty już jesteś troche stara, prawda mamo?
- Hm. No, trochę tak.
- Tak jak babcia, prawda?
Precz z preczem
Kilka dni temu.
Wieczór.
Grzdyl teoretycznie już śpi.
Sflaczała po prochach na swoje zapalenia leżę na tapczanie i nadrabiam
zaległości filmowe.
"Maratończyk" z Dustinem Hoffmanem.
Od 2 miesięcy odkładałam seans, uprzedzona o wyjątkowym okrucieństwie filmu.
- A dlaczego ten pan zabił tego drugiego pana? - słyszę nagle przez uchylone
drzwi.
- A co ty tu robisz? Miałaś spać!
- Ale ja nie moge zasnąć.
- Szybciutko uciekaj do łóżka.
- A co oglądasz mamo?
- Film nie dla dzieci. Zmykaj.
- Ale ja też chce obejrzeć.
- Mówię, że to nie dla dzieci, szybko do swojego pokoju.
- On go nożem zabił?
- Małgośka! - włączam pauzę. - Proszę natychmiast iść do swojego pokoju.
Poszła.
Ręka świerzbi na widok pilota, bo przerwałam oglądanie w wyjątkowo
intrygującym momencie.
Odczekuję 10 minut.
Cisza.
Włączam telewizor.
Cichutko.
- Mamo, a dlaczego ten pan musiał połknąć ten kamyk?
- Precz - rzucam nieuważnie w kierunku drzwi, wpatrzona w finałową akcję. A
po sekundzie słyszę cichutki szloch.
- Nie-e-e można tak tra-a-aktować ludzi...
Nocny horror
Niedziela.
Godzina 6 w samym środku nocy.
- Mamo! Mamoooooooo!
Rozklejam oczy.
Pełznę do pokoju grzdyla.
Młoda siedzi na posłaniu i popłakuje.
- Mamo!
- Jestem, co się dzieje?
- Śniło mi sie, że potwór cie zabił!
- To był tylko zły sen, nic złego się nie dzieje.
- Był paskudny i miał kolce. A ty miałaś trzecią rączkę.
- Trzecią rączkę? - mimo barbarzyńskiej pory natychmiast wyobrażam sobie
wygodę takiego rozwiązania. Szczególnie podczas zakupów.
- Tutaj ci wyrastała, z tej - prawej ręki.
- Ale wszystko jest w porządku, tak?
- Tak.
- Czekaj, przykryję cię. Dobranoc.
- Dobranoc.
Zdążyłam się tylko wygodnie ułożyć, a już drzwi zaskrzypiały, na moim wyrku
wylądowała dodatkowa kołdra, a cienki głosik wyszeptał mi do ucha:
- Na grzbiecie miał te kolce, wiesz?
I natychmiast zasapał przez sen.
Kronika zapowiedzianej śmierci
- Zobacz, jak ja wyglądam! - młoda wyprężyła pierś. W moim biustonoszu.
- Hm. Chyba musisz jeszcze trochę urosnąć.
- A jak ja urosnę, to ty już nie będziesz żyła i zostanę bez rodziny?
- Nie wiem. Mam nadzieję, że jeszcze trochę pożyję.
- A wiesz, kiedy umrzesz?
- Na szczęście nie mam pojęcia.
- A ja wiem. 18 czerwca.
No to jeszcze trochę czasu mi zostało.
Jak to się, bździągwie jednej, spieszy do moich biustonoszy.
(5 lat)
Wyróżnienie Mamabu.pl
Mamabu, blog poświęcony najciekawszym produktom dla rodziców i dzieci na polskim rynku, który prezentuje użyteczne gadżety i poleca przyjazne miejsca, uhonorował "Macierzyństwo bez lukru" tytułem Bloga Tygodnia. Piszą o nas: "Przykład Doroty Smoleń i pozostałych blogujących mam uczy, że drobne rzeczy mogą okazać się wielkie, a bycie matką może wyzwalać ogromne pokłady twórcze."
To szczera prawda, nasze Autorki są bardzo twórcze, o czym szerzej napiszę wkrótce :-)
Bardzo dziękujemy za to wyróżnienie Kasi, Dominice i Ninie.
To szczera prawda, nasze Autorki są bardzo twórcze, o czym szerzej napiszę wkrótce :-)
Bardzo dziękujemy za to wyróżnienie Kasi, Dominice i Ninie.
11 stycznia 2012
„Macierzyństwo bez lukru” ma rok
Dziś wypadają pierwsze urodziny naszej akcji. 11 stycznia 2011 pojawiła się pierwsza notka na tym blogu, apel rodziców Mikołajka, a idea antologii nabierała realnych kształtów, aż mi się zwoje mózgowe przegrzewały. Z tej okazji okolicznościowa laurka i podziękowania:
- dla wszystkich Autorek, które całkiem za darmo oddały swoje teksty na potrzeby zbioru i zrzekły się honorariów na rzecz Mikołajka;
- dla naszych Tłumaczek Moniki Adamczyk i Gosi Strzeleckiej, dzięki którym mamy wersję niemiecką i angielską;
- dla Agnieszki, która mieszkając w dalekiej Szwajcarii, znalazła nam wielu patronów w Polsce;
- dla Patronów naszego przedsięwzięcia;
- dla Redakcji „Czasu Kultury”, który wydał antologię drukiem;
- dla wszystkich, którzy o nas piszą, opowiadają, kupują antologię, wpłacają pieniądze na konto Mikołajka.
Przez ten rok antologia zarobiła dla Mikusia 6152,29 zł. Nie liczymy wpłat z tytułu 1% oraz przelewów od osób, które chciały po prostu pomóc chłopczykowi, a dowiedziały się o nim dzięki naszej akcji.
Nadal możemy pomóc, nadal nasza pomoc jest potrzebna.
1. Można wpłacić pieniądze bezpośrednio na konto Mikołajka:
Fundacja Dzieciom "Zdążyć z Pomocą"
ul. Łomiańska 5, 01-685 Warszawa
41 1240 1037 1111 0010 1321 9362
Bank PeKaO SA Oddział 1 w Warszawie
Do przelewów z zagranicy: PKOP PL PW 41 1240 1037 1111 0010 1321 9362
tytuł wpłaty: 13401 Kamiński Mikołaj-darowizna na pomoc i ochronę zdrowia
ul. Łomiańska 5, 01-685 Warszawa
41 1240 1037 1111 0010 1321 9362
Bank PeKaO SA Oddział 1 w Warszawie
Do przelewów z zagranicy: PKOP PL PW 41 1240 1037 1111 0010 1321 9362
tytuł wpłaty: 13401 Kamiński Mikołaj-darowizna na pomoc i ochronę zdrowia
Jest szansa, że teraz o antologii będzie jeszcze głośniej, bo TVN UWAGA!, który jest jednym z naszych patronów, realizuje program o matkach-blogerkach. W niedzielę 8 stycznia w krakowskim klubie Sztamka na osiedlu Kliny-Zacisze spotkało się kilka autorek antologii, by porozmawiać o macierzyństwie, wspólnie nacieszyć się sukcesem i... poznać, bo utrzymujemy kontakt blogowo-mailowy, ale to było pierwsze spotkanie oko w oko. Do Sztamki przyjechały Agnieszka (agnieszek.blog.pl), Agnieszka (lisianora.blog.pl), Monika (idiomka.blog.pl), Kasia (kg) i Kasia (mat-ka.blog.pl). Prawie wszystkie z dziećmi, więc było rojno i gwarno. Opiekę nad hałastrą sprawowali ojcowie znani z blogów: Szanowny (mat-ka.blog.pl) i Mąż (od-rana-do-wieczora.blog.pl). A my dyskutowałyśmy i byłyśmy odpytywane przed kamerą. Zaczęło się drętwo, wszystkie nas kamera wysztywniła, za to później rozkręciłyśmy się w momencie i ekipa musiała nas uciszać, żebyśmy nie zagłuszały aktualnie wywiadowanej koleżanki.
Rozmawiałyśmy m.in. o tym, że nie spodziewałyśmy się rozmachu, którego nabrała ta skromna z początku akcja. Nie wiadomo, jak to się właściwie stało, ale wyskakujemy z co drugiej lodówki. Nasz plan na ten rok: wyskakiwać z każdej. Ku pożytkowi Mikołajka!
Na spotkaniu pod okiem kamer było tak, na zdjęciach uwieczniła nas Joanna Hadam:
8 stycznia 2012
5 stycznia 2012
Patronat onaonaona.com
O naszej antologii napisał portal "Piękne strony kobiety", który tworzą Agata Młynarska, Agata Jakóbczak i Kaja Kieniewicz. Dziękujemy bardzo za życzliwość!
4 stycznia 2012
O antologii w Onet.pl
Dziękujemy bardzo Alicji Bębenek za publikację materiału o naszej antologii w serwisie Kultura.onet.pl.
3 stycznia 2012
Patronat Silne.pl
Do grona naszych patronów dołączył portal Silne.pl, skupiający społecznośc kobiet, które chcą pracowac i odnosić sukcesy. Dziękujemy bardzo Małgorzacie Kowalewskiej.
2 stycznia 2012
Jest! Jest! Jest!
Leżą przede mną świeże i pachnące egzemplarze "Macierzyństwa bez lukru". Lada dzień minie rok, odkąd zaczęłam pracę nad antologią. Myśl o tym, że kiedykolwiek ukaże się drukiem, kiełkowała mi nieśmiało, ale jednocześnie była odległa jak Ziemia od Słońca. A tu proszę. Jest!
Lada dzień w Empiku, lada moment w sklepie "Czasu Kultury". Kupujcie, polecajcie, podajcie dalej!
Lada dzień w Empiku, lada moment w sklepie "Czasu Kultury". Kupujcie, polecajcie, podajcie dalej!









