Kochani! Antologia jest w obiegu od 21 stycznia. Od tej pory do dziś nabyło ją 48 osób, które wpłaciły łącznie 2135 zł i 26 groszy (grosze stąd, że przelewy w innej walucie są automatycznie przeliczane na złotówki).
Rodzice Mikusia są niezwykle wdzięczni wszystkim, którzy zechcieli przyłączyć się do akcji i dziękują za każdą wpłatę! Dziękują tym, którzy dzielą się swoim dostatkiem oraz tym, którzy pomagają, choć sami są w trudnej sytuacji.
Pierwszą potrzebą Mikusia jest specjalistyczny wózek, dzięki któremu podłączony do respiratora maluch będzie mógł wychodzić na spacery. Jest bardzo ciekawy świata, a brak wózka skazuje go na pobyt w czterech ścianach.
Wózek kosztuje ok. 18 tys. złotych. Rodzice Mikołajka są już bliżej jego zakupu niż miesiąc temu, ale wciąż sporo brakuje. Liczymy na pomoc każdego z Was! Podarujmy Mikusiowi widok nieba, szum drzew i tak atrakcyjny dla młodego mężczyzny warkot samochodów wprost z ulicy! Wiem co mówię jako matka synów: ilekroć zabierałam moich chłopców do parku, by oddychali świeżym powietrzem i relaksowali się śpiewem ptasząt, tylekroć manifestowali niezadowolenie, natomiast spacer wzdłuż ulicy i widok rozpędzonych samochodów ekscytował ich i zachwycał do nieprzytomności, aż zasypiali błogo; wtedy zrozumiałam, że faceci naprawdę są z innej planety!... ;-)
Zachęcam wszystkich, którzy jeszcze nie zdecydowali się – pomóżcie Mikołajkowi, a lektura antologii Wam to wynagrodzi! ;-)
31 stycznia 2011
Z zapisków drugiej-mamy
Bardzo się cieszę, że zaglądacie tutaj tak licznie :-) Dziś zapraszam do lektury zapisków drugiej-mamy, która jest jedną z autorek antologii:
Jasiek
w szpitalu bardzo dzielny.
Bałam sie, bo po raz pierwszy nocował poza domem, bez ukochanych "ołtarzyków" wokół łóżka i codziennych rytuałów.
Zostawiłam mu swój telefon, żeby mu było raźniej i żeby mógł, w razie czego, zadzwonić do domu.
Pierwszy SMS przyszedł o 6 rano - Nudzi mi się!
Potem, gdzieś tak do 9, kolejne pięć z tą samą informacją.
A w południe telefon:
- Będą mi robić TO, co kobietom w ciąży! - wyszeptał przestraszony.
- TO czyli CO?
- No, USG - znowu szeptem.
- Ale przecież ja CHYBA nie jestem w ciąży! - juz histerycznie.
Wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do szpitala uspokoić biedaka.
USG zostało wykonane. Jasiek zdecydowanie w ciąży nie jest :)
Wory złota
Rozmawiamy sobie ostatnio o wartościach.
O tym, że wartości niekoniecznie są wymierne materialnie.
O tym, że można materialnie nie mieć nic i być niezmiernie bogatym.
O tym, jakie bogactwo człowieka uszlachetnia, a jakie niekoniecznie uszlachetniać musi.
I o uczuciach rozmawiamy - jakie warto hodować, a jakich się szybko trzeba pozbywać.
Zaczęło się od... worów złota i kamieni szlachetnych.
Bo Karol znalazł piękny kryształ górski i kombinuje, czy jest on bardziej wartościowy niż diament.
I pyta, czy ja nie jestem nieszczęśliwa, ze nie mam diamentów?
Albo wora złota??
Albo innego skarbu? Bo on by chciał mieć i chciałby, żebym ja miała.
No cóż, trywialna prawda jest taka, ze absolutnie, ani ciut, ciut, nie cierpię z powodu braku diamentów i złota!
Ba! Chyba bym nawet nie lubiła ich mieć, bo bym się ciągle stresowała, ze zgubię, albo mi ktoś gwizdnie!
A skarbów mam w domu aż sześć!
A to, ze je mam, ze kocham, jest tysiąckroć ważniejsze niż złoto!
No i mowie Karolowi wprost:
- Chłopie, na żaden worek złota bym cię nigdy nie zamieniła!
- A na diamenty??
- Absolutnie!
- A na SKARBY SWIATA CAŁEGO???
- Tez nie, masz to jak w banku!
- No, mamo, teraz mówisz do rzeczy!
Odetchnął z ulga wyraźnie, bo przekalkulował, ze może na woreczek złota się nie złakomię, ale skarby świata całego mogą być pokusą nie do odparcia:)))
Prezent imieninowy
miał sobie Karolek wybrać przy okazji wyjazdu do miasta. Zabraliśmy chłopaków i pojechaliśmy do sklepu.
Przekopaliśmy się przez kilka sklepów, w Tesco już naprawdę miałam dość, wiec nieśmiało zaproponowałam, żeby sobie może wybrał jakieś książki - wybór ogromny, ceny przystępne, poza tym na książki to mi jakoś nie żal forsy.
Pogrzebał na półkach ..
Zapytał - czy może być książka za 10 złotych.
Miło mi się zrobiło.
Po pierwsze - książkę jednak chce!
Po drugie - tanio.
Z przyzwyczajenia jednak zerknęłam, co pakuje do koszyka:
" 100 PROPOZYCJI NA UDANY SEKS".
Wymiękłam.
28 stycznia 2011
A-kocica o karuzeli
Zapraszam do lektury notki jednej z uczestniczek projektu - nieprzewidywalnej w formie mistrzyni karkołomnej polszczyzny, autorki bloga a-kocica-papierosa.blog.pl. Trafne i świetnie napisane. Podobnie jak tekst, który znalazł się w antologii :-)
wsiadajcie madonny madonny
Miszcz iluzji zaatakował znowu dziś z rana.
Miszcz wie, iż jest wielce ryzykownym wyprowadzić swą labilną matkę z kruchej równowagi psychicznej, więc stosuje triki podprogowe.
I tak, tuż przed wyjściem z domu, już w ogródku, już z gąską w objęciach, wyciąga zazwyczaj jakiegoś królika z kapelusza.
Tadam!
Tym razem był to zeszyt z polskiego z uwagą, iż mam się zapoznać z poprzednią uwagą, iż syn posiadł pałę spowodowaną czwartym z kolei brakiem zadania z przedmiotu W ubiegłym tygodniu podobna, piętrowa konstrukcja tyczyła innych zagadnień. Też zapodał mi zeszyt o 7.45, co skwapliwie odnotowałam obok podpisu.
Tu rodzi się bolesne pytanie: DLACZEGOOO?
Dlaczego (leniwy, dobra, wiem) rodzic musi być nieustannym pogromcą dla swojego lwa (tu: dzieciątka)?
Dlaczego nie może zaufać?
Dlaczego lew (tu: dzieciątko) robi wszystko, żeby pogromcę przechytrzyć?
Strzela sobie w stopę (już zapowiedziałam, że jeśli natychmiast nie zatrze złego wrażenia, które na mnie wywarł oto, pojedzie na ferie, owszem, wysoko n.p.m., bo do babki swej na szóste w bloku), odmraża małżowinę, łże.
Bo przecież pytam: wrzuciłeś, Grzesiu, list do skrzynki?
A Grzesiu: tak, tak, wrzuciłem ciociu miła.
I dalejże dłubać w nosie, kręcić młynki na podłodze, wsadzać bratu palec w oko, lampić się w tivi.
Mnie się też nie chce.
Ooo, jak mi się nic nie chce, a wśród bezkresnego oceanu niczego najbardziej nie chce mi się kontrolować zadania domowego.
Nie mam siły. Mam w miejscu mózgu kogel-mogel.
Nogawki mam obwieszone rozstrojonym trzylatkiem, pali mi się na patelni, ponieważ symultanicznie muszę myć czyjeś łapy z czekolady - czuję zły dotyk na tapicerce. Chrzęści mi pod stopami kangus. Na balkonie wysypisko śmieci wabi sanepid - zbieram plastikowe butelki i makulaturę do szkoły.
Zawsze wieczorem, kiedy udaje mi się wyeksterminować towarzystwo do łóżek, odkrywam nagle, jak strasznie chce mi się pić! W ciągu dnia nie było okazji, bo już, już unosiłam szklankę do ust, gdy wtem...
Plątanina. Gąszcz. Wszędzie porozwieszane kije i marchewki.
Nic nie zrobią po dobroci. Nie ubiorą sweterka, nie wsiądą do samochodu, nie wyjdą z kałuży, nie wyniosą śmieci, nie pójdą po bułki.
Bez przerwy gra nerwów. Konkursy, zawody. Przeciąganie struny. Przeginanie pały.
Diabelski młyn, pałac strachów, beczka śmiechu.
---
Czasem tylko ta obłąkana karuzela zatrzymuje się na pół chwili...
Mamusiu, kocham cię.
iii... rusza z jazgotem od nowa.
wsiadajcie madonny madonny
Miszcz iluzji zaatakował znowu dziś z rana.
Miszcz wie, iż jest wielce ryzykownym wyprowadzić swą labilną matkę z kruchej równowagi psychicznej, więc stosuje triki podprogowe.
I tak, tuż przed wyjściem z domu, już w ogródku, już z gąską w objęciach, wyciąga zazwyczaj jakiegoś królika z kapelusza.
Tadam!
Tym razem był to zeszyt z polskiego z uwagą, iż mam się zapoznać z poprzednią uwagą, iż syn posiadł pałę spowodowaną czwartym z kolei brakiem zadania z przedmiotu W ubiegłym tygodniu podobna, piętrowa konstrukcja tyczyła innych zagadnień. Też zapodał mi zeszyt o 7.45, co skwapliwie odnotowałam obok podpisu.
Tu rodzi się bolesne pytanie: DLACZEGOOO?
Dlaczego (leniwy, dobra, wiem) rodzic musi być nieustannym pogromcą dla swojego lwa (tu: dzieciątka)?
Dlaczego nie może zaufać?
Dlaczego lew (tu: dzieciątko) robi wszystko, żeby pogromcę przechytrzyć?
Strzela sobie w stopę (już zapowiedziałam, że jeśli natychmiast nie zatrze złego wrażenia, które na mnie wywarł oto, pojedzie na ferie, owszem, wysoko n.p.m., bo do babki swej na szóste w bloku), odmraża małżowinę, łże.
Bo przecież pytam: wrzuciłeś, Grzesiu, list do skrzynki?
A Grzesiu: tak, tak, wrzuciłem ciociu miła.
I dalejże dłubać w nosie, kręcić młynki na podłodze, wsadzać bratu palec w oko, lampić się w tivi.
Mnie się też nie chce.
Ooo, jak mi się nic nie chce, a wśród bezkresnego oceanu niczego najbardziej nie chce mi się kontrolować zadania domowego.
Nie mam siły. Mam w miejscu mózgu kogel-mogel.
Nogawki mam obwieszone rozstrojonym trzylatkiem, pali mi się na patelni, ponieważ symultanicznie muszę myć czyjeś łapy z czekolady - czuję zły dotyk na tapicerce. Chrzęści mi pod stopami kangus. Na balkonie wysypisko śmieci wabi sanepid - zbieram plastikowe butelki i makulaturę do szkoły.
Zawsze wieczorem, kiedy udaje mi się wyeksterminować towarzystwo do łóżek, odkrywam nagle, jak strasznie chce mi się pić! W ciągu dnia nie było okazji, bo już, już unosiłam szklankę do ust, gdy wtem...
Plątanina. Gąszcz. Wszędzie porozwieszane kije i marchewki.
Nic nie zrobią po dobroci. Nie ubiorą sweterka, nie wsiądą do samochodu, nie wyjdą z kałuży, nie wyniosą śmieci, nie pójdą po bułki.
Bez przerwy gra nerwów. Konkursy, zawody. Przeciąganie struny. Przeginanie pały.
Diabelski młyn, pałac strachów, beczka śmiechu.
---
Czasem tylko ta obłąkana karuzela zatrzymuje się na pół chwili...
Mamusiu, kocham cię.
iii... rusza z jazgotem od nowa.
26 stycznia 2011
"Macierzyństwo..." na pozytywy.com!
Dziękujemy Magdalenie Walusiak szefowej serwisu Pozytywy.com za opublikowanie na stronie głównej portalu baneru naszej akcji!
O czteroletniej Tosi i pierwszym śniegu
Antologia rozchodzi się powoli, na szczęście nie mamy do czynienia z nakładem, który może się wyczerpać, zatem nieustannie zapraszam, zachęcam i polecam :-)
Dziś z cyklu "notki niewykorzystane" - zapraszam do lektury opowiastki kg, jednej z uczestniczek projektu.
Pierwszy śnieg
Tosia ma cztery i pół roku.
Pierwszy śnieg w tym roku podziałał na nią ekscytująco.
Dopóki nie wyszła z domu.
Nie mogła się doczekać, podskakiwała z radości, popędzała tatę i cały ranek snuła barwne opisy białego szaleństwa, któremu odda się bez reszty. A więc sanki - nie. W planach miała robienie śladów, rzucanie kulkami i lepienie bałwana.
Uparła się, że nie włoży rajtek pod spodnie i poszli.
Jej młodszy brat zażywał właśnie swej porannej drzemki, wykorzystałam więc jakże rzadką okazję i wyłożyłam się na sofie z kawą i lekturą.
Nie minęło wiele czasu, gdy z podwórka dobiegło znane mi skądinąd zawodzenie. Nieubłaganie przybierało na sile, by po chwili nabrać charakterystycznego pogłosu, jakiego nabierają dźwięki wydawane w naszej klatce schodowej.
Wiedziałam już, jaki widok mnie czeka. I faktycznie, po chwili w drzwiach pojawiła się czerwona, zasmarkana i zalana łzami Tosia.
- Bo ja mam mokre rękawiiiiiiickiii!!
Fakt, były wilgotne wewnątrz. Trochę.
No nic. Dałam jej nowe, obtarłam mokry dziób i wyprawiłam na dół, po czym wyłożyłam się na sofie, i nie minęło wiele czasu, gdy...
Jedyny w swoim rodzaju pełen frustracji bek dobiegł mych uszu.
Najwyraźniej śnieg, jako zjawisko zimne i mokre, przerósł moją córkę...
I tak oto, zamiast podziwiać czule zza firanki jej beztroskie brykanie, znów stanęłam oko w oko z zaryczanym stworem.
Tym razem przeszkadzały jej przemoczone końce nogawek od spodni.
Kapkę się wkurzyłam i nie darowałam sobie nieśmiertelnego "a nie mówiłam?", po czym zdarłam z niej mokre gacie, obtarłam zasmarkany dziób i kazałam zostać w domu.
Jakoś nie protestowała...
Dziś z cyklu "notki niewykorzystane" - zapraszam do lektury opowiastki kg, jednej z uczestniczek projektu.
Pierwszy śnieg
Tosia ma cztery i pół roku.
Pierwszy śnieg w tym roku podziałał na nią ekscytująco.
Dopóki nie wyszła z domu.
Nie mogła się doczekać, podskakiwała z radości, popędzała tatę i cały ranek snuła barwne opisy białego szaleństwa, któremu odda się bez reszty. A więc sanki - nie. W planach miała robienie śladów, rzucanie kulkami i lepienie bałwana.
Uparła się, że nie włoży rajtek pod spodnie i poszli.
Jej młodszy brat zażywał właśnie swej porannej drzemki, wykorzystałam więc jakże rzadką okazję i wyłożyłam się na sofie z kawą i lekturą.
Nie minęło wiele czasu, gdy z podwórka dobiegło znane mi skądinąd zawodzenie. Nieubłaganie przybierało na sile, by po chwili nabrać charakterystycznego pogłosu, jakiego nabierają dźwięki wydawane w naszej klatce schodowej.
Wiedziałam już, jaki widok mnie czeka. I faktycznie, po chwili w drzwiach pojawiła się czerwona, zasmarkana i zalana łzami Tosia.
- Bo ja mam mokre rękawiiiiiiickiii!!
Fakt, były wilgotne wewnątrz. Trochę.
No nic. Dałam jej nowe, obtarłam mokry dziób i wyprawiłam na dół, po czym wyłożyłam się na sofie, i nie minęło wiele czasu, gdy...
Jedyny w swoim rodzaju pełen frustracji bek dobiegł mych uszu.
Najwyraźniej śnieg, jako zjawisko zimne i mokre, przerósł moją córkę...
I tak oto, zamiast podziwiać czule zza firanki jej beztroskie brykanie, znów stanęłam oko w oko z zaryczanym stworem.
Tym razem przeszkadzały jej przemoczone końce nogawek od spodni.
Kapkę się wkurzyłam i nie darowałam sobie nieśmiertelnego "a nie mówiłam?", po czym zdarłam z niej mokre gacie, obtarłam zasmarkany dziób i kazałam zostać w domu.
Jakoś nie protestowała...
24 stycznia 2011
Przekład na rosyjski
Siergiej z Ukrainy, znajomy Moniki, tłumaczki z niemieckiego, przetłumaczył apel rodziców Mikołajka na rosyjski. Bardzo dziękujemy! :-)
Jednocześnie prosimy wszystkich, który znają portale dla rodziców w języku angielskim, niemieckim i rosyjskim, aby umieścili na tamtejszych forach apel Ani i Marcina.
Jednocześnie prosimy wszystkich, który znają portale dla rodziców w języku angielskim, niemieckim i rosyjskim, aby umieścili na tamtejszych forach apel Ani i Marcina.
Qlturka jest z nami!
Dzięki uprzejmości Ewy Świerżewskiej, redaktor naczelnej portalu Qlturka.pl, na Qlturce zawisł baner "Macierzyństwa bez lukru". Serdecznie dziękujemy :-)
23 stycznia 2011
O naszym projekcie w Onet.pl
W skromnym miejscu, bo na ostatniej stronie, ale zawsze - wzmianka o naszym projekcie :-)
"Blogerzy angażują się w działalność charytatywną, jak np. aukcja "Kup sobie blogera" na rzecz walczącej z rakiem Pauli Pruskiej (wzięli w niej udział Irena Mrozek, Maciej Budzich, Natalia Hatalska i Jacek Gadzinowski) czy akcja "Macierzyństwo bez lukru", w której grupa blogujących matek stworzyła antologię tekstów ze swoich blogów, a całkowity dochód z rozprowadzania jej jest przeznaczony na rzecz ciężko chorego Mikołajka."
"Blogerzy angażują się w działalność charytatywną, jak np. aukcja "Kup sobie blogera" na rzecz walczącej z rakiem Pauli Pruskiej (wzięli w niej udział Irena Mrozek, Maciej Budzich, Natalia Hatalska i Jacek Gadzinowski) czy akcja "Macierzyństwo bez lukru", w której grupa blogujących matek stworzyła antologię tekstów ze swoich blogów, a całkowity dochód z rozprowadzania jej jest przeznaczony na rzecz ciężko chorego Mikołajka."
Jak Wam się podoba?
Czy są tu jacyś obiektywni czytelnicy naszej antologii, ktoś spoza grona autorek? Jestem dziko ciekawa, jak odbieracie ten zbiór! :-)
22 stycznia 2011
Numer konta
Fundacja Dzieciom "Zdążyć z Pomocą"
ul. Łomiańska 5, 01-685 Warszawa
41 1240 1037 1111 0010 1321 9362
Bank PeKaO SA Oddział 1 w Warszawie
Do przelewów z zagranicy:
IBAN: PL41124010371111001013219362
BIC: PKOPPLPW
tytuł wpłaty: 13401 Kamiński Mikołaj-darowizna na pomoc i ochronę zdrowia
Link do informacji o Mikołajku na stronach Fundacji
ul. Łomiańska 5, 01-685 Warszawa
41 1240 1037 1111 0010 1321 9362
Bank PeKaO SA Oddział 1 w Warszawie
Do przelewów z zagranicy:
IBAN: PL41124010371111001013219362
BIC: PKOPPLPW
tytuł wpłaty: 13401 Kamiński Mikołaj-darowizna na pomoc i ochronę zdrowia
Link do informacji o Mikołajku na stronach Fundacji
21 stycznia 2011
Jak zdobyć antologię?
Kochani,
antologia "Macierzyństwo bez lukru" jest już dostępna dla każdego chętnego :-) Zapewniam Was, że warto!
Co trzeba zrobić, żeby ją zdobyć?
Proszę wpłacić na konto Mikołajka dowolną kwotę, według Waszego uznania i podać w tytule wpłaty swój e-mail. Na ten adres zostanie wysłany zbiór naszych tekstów w pdf.
nr konta założonego specjalnie na potrzeby Mikołajka:
50 1140 2004 0000 3402 1647 6204
do przelewów z zagranicy:
PL74 1140 2004 0000 3002 1411 7025
swift BREXPLPWMBK
BRE Bank SA
Al. Piłsudskiego 3
90-368 Łódź
właściciel konta: Anna Kamińska
ul. Wojska Polskiego 10/11
41-400 Mysłowice
antologia "Macierzyństwo bez lukru" jest już dostępna dla każdego chętnego :-) Zapewniam Was, że warto!
Co trzeba zrobić, żeby ją zdobyć?
Proszę wpłacić na konto Mikołajka dowolną kwotę, według Waszego uznania i podać w tytule wpłaty swój e-mail. Na ten adres zostanie wysłany zbiór naszych tekstów w pdf.
nr konta założonego specjalnie na potrzeby Mikołajka:
50 1140 2004 0000 3402 1647 6204
do przelewów z zagranicy:
PL74 1140 2004 0000 3002 1411 7025
swift BREXPLPWMBK
BRE Bank SA
Al. Piłsudskiego 3
90-368 Łódź
właściciel konta: Anna Kamińska
ul. Wojska Polskiego 10/11
41-400 Mysłowice
20 stycznia 2011
Jest! Piękna i gotowa!
Oto i ona. Przedstawiam Państwu pokłosie projektu "Macierzyństwo bez lukru"!
A w środku znajdziecie:
W akcji udział wzięły i swoje teksty udostępniły autorki blogów:
http://a-kocica-papierosa.blog.pl
http://agnieszek.blog.pl
http://all-about-eve.blog.pl
http://cloudy.blog.pl
http://cypisek.blog.pl
http://eee-co-to-ja-chcialam.blog.pl
http://jamama.blox.pl
http://agnieszek.blog.pl
http://all-about-eve.blog.pl
http://cloudy.blog.pl
http://cypisek.blog.pl
http://eee-co-to-ja-chcialam.blog.pl
http://jamama.blox.pl
http://tomaszowa.wordpress.com
http://triplets.blog.pl
http://zapiski-tesciowej.blog.pl
Ozyrynio
Crazy
kg
kociubińska
druga-mama
a także legenda sieci - sistermoon :-)
http://zapiski-tesciowej.blog.pl
Ozyrynio
Crazy
kg
kociubińska
druga-mama
a także legenda sieci - sistermoon :-)
Dziewczyny, jesteście wspaniałe!!!
Tak wygląda okładka:
A w środku znajdziecie:
Najdalej jutro powiem Wam, jak ją zdobyć :-)
18 stycznia 2011
Blisko, coraz bliżej... :-)
Autorki dostały plik do autoryzacji. Nanoszę ostatnie poprawki, kończę pisać wstęp, Mąż generuje spis treści, Beata szykuje okładkę. Premiera zbliża się wielkimi krokami :-)
A żeby się Wam nie dłużyło oczekiwanie, to zostawiam Was z notką Panny z Miśni http://siostrzyca.blogspot.com
Z dziennika Matki Polki. Ósmy pasażer Nostromo
Ponad 5 lat temu przewidziałam dzisiejszy bum na Zmierzchy, Tru-blady i inne Pattinsony i na przestrzeni tych lat weszłam w posiadanie dwóch prawdziwych, osobistych wampirów energetycznych.
Już samo ich przyjście na świat, w obu wypadkach, nie zwiastowało niczego różowego, bowiem fizycznie było dla mnie równie relaksujące i sielskie co testy broni nuklearnej na Atolu Mururoa dla tubylczej fauny i flory.
Proces dojrzewania owoców mej ciężkiej mordęgi na porodówce w istoty człekopodobne obfitować miał w szereg zjawisk paranormalnych, takich jak:
-- samoistne wydzielanie się narkotyku zwanego endorfiny powodującego upośledzenie układu nerwowego matki i tym samym zaburzającego percepcję. Kobieta pod jego wpływem wierzy np., że ten czerwony gluś, który właśnie zdruzgotał jej wszystkie „końcówki mocy” (wydostając się z niej, pożerając ją i każąc nieustannie nosić się na rękach) jest najpięknisieniuńszym dziudziubelkiem na tym (pół)światku. Matka wydaje przy tym różne dziwne dźwięki: gu-gu, zi-zi, siu-siu, bo-bo, ti-ti, niu-niu etc. Niektórym nigdy nie przechodzi.
-- spowodowanie utraty ¼ wagi przez ulatnianie się ektoplazmy czyt. mleka
-- nabycie ogromnego doświadczenia z zakresu konsystencji dziecięcych odchodów, o których rozmowy z innymi posiadaczkami wampira energetycznego powodują, że z palcem wiadomo gdzie można zrobić 3 fakultety z dziedziny skatologii.
-- tajemnicze zniknięcia małych przedmiotów domowego użytku, materializujących się później zawsze w jednym miejscu: we wnętrzu pieluszki jednorazowej.
-- przez pojawianie się znikąd wymyślnych fryzur udrapowanych spinkami i gumkami na grzywce mojej poczciwej cocker spAnielicy (czyżby pies opanował sztukę psychokinezy?)
-- po niewytłumaczalne ślady kredek świecowych na wszystkich ścianach w domu (jakoś tak mi się kojarzą z upiorną rybką z South Parku, która chuchając na szybkę akwarium ogonkiem pisała na zaparowanym szkle I KILL YOU).
Zjawisk niepokojących było znacznie więcej. I z czasem zdałam sobie sprawę, że w rzeczywistości dzieci żywią się nie tyle bebiko, zupkami babci czy cukierkami, ale największego kopa daje im wysysanie sił witalnych z matki własnej. Cała reszta szopki z produktami spożywczymi to tylko przykrywka. Małe sukkuby skrzętnie ukrywają swe faktyczne preferencje i awantury w sklepach o dropsy, chrupki czy gumę to zwyczajny pic i mydlenie oczu.
Oczywiście zrobią wiele, by biedna matka żyła w błogiej niewiedzy co do wilkołaczej natury swych młodych. I potrafią tak tą słodyczą omotać człowieka, że nawet gdy czasem się sypnie, że coś tutaj nie halo, matka z czułością patrzy na swoje potwory niczym w filmie Scotta „Alien. 8 pasażer Nostromo” gdy Ellen Ripley latała broda i mimo wszystko patrzyła na Obcego z jakąś taką ckliwością, nawet jeśli właśnie wpychała go do śluzy statku kosmicznego i za chwilkę miał się obrócić w gwiezdny plankton.
Ponieważ mam wiele dowodów na potwierdzenie teorii spiskowej o wampiryzmie istot zwanych dalej „dziećmi”, postanowiłam od czasu do czasu popełniać wpisy wprost ze strefy mroku czyli z pamiętnika Matki Polki. Tak więc do poczytania – na shledanou!
A żeby się Wam nie dłużyło oczekiwanie, to zostawiam Was z notką Panny z Miśni http://siostrzyca.blogspot.com
Z dziennika Matki Polki. Ósmy pasażer Nostromo
Ponad 5 lat temu przewidziałam dzisiejszy bum na Zmierzchy, Tru-blady i inne Pattinsony i na przestrzeni tych lat weszłam w posiadanie dwóch prawdziwych, osobistych wampirów energetycznych.
Już samo ich przyjście na świat, w obu wypadkach, nie zwiastowało niczego różowego, bowiem fizycznie było dla mnie równie relaksujące i sielskie co testy broni nuklearnej na Atolu Mururoa dla tubylczej fauny i flory.
Proces dojrzewania owoców mej ciężkiej mordęgi na porodówce w istoty człekopodobne obfitować miał w szereg zjawisk paranormalnych, takich jak:
-- samoistne wydzielanie się narkotyku zwanego endorfiny powodującego upośledzenie układu nerwowego matki i tym samym zaburzającego percepcję. Kobieta pod jego wpływem wierzy np., że ten czerwony gluś, który właśnie zdruzgotał jej wszystkie „końcówki mocy” (wydostając się z niej, pożerając ją i każąc nieustannie nosić się na rękach) jest najpięknisieniuńszym dziudziubelkiem na tym (pół)światku. Matka wydaje przy tym różne dziwne dźwięki: gu-gu, zi-zi, siu-siu, bo-bo, ti-ti, niu-niu etc. Niektórym nigdy nie przechodzi.
-- spowodowanie utraty ¼ wagi przez ulatnianie się ektoplazmy czyt. mleka
-- nabycie ogromnego doświadczenia z zakresu konsystencji dziecięcych odchodów, o których rozmowy z innymi posiadaczkami wampira energetycznego powodują, że z palcem wiadomo gdzie można zrobić 3 fakultety z dziedziny skatologii.
-- tajemnicze zniknięcia małych przedmiotów domowego użytku, materializujących się później zawsze w jednym miejscu: we wnętrzu pieluszki jednorazowej.
-- przez pojawianie się znikąd wymyślnych fryzur udrapowanych spinkami i gumkami na grzywce mojej poczciwej cocker spAnielicy (czyżby pies opanował sztukę psychokinezy?)
-- po niewytłumaczalne ślady kredek świecowych na wszystkich ścianach w domu (jakoś tak mi się kojarzą z upiorną rybką z South Parku, która chuchając na szybkę akwarium ogonkiem pisała na zaparowanym szkle I KILL YOU).
Zjawisk niepokojących było znacznie więcej. I z czasem zdałam sobie sprawę, że w rzeczywistości dzieci żywią się nie tyle bebiko, zupkami babci czy cukierkami, ale największego kopa daje im wysysanie sił witalnych z matki własnej. Cała reszta szopki z produktami spożywczymi to tylko przykrywka. Małe sukkuby skrzętnie ukrywają swe faktyczne preferencje i awantury w sklepach o dropsy, chrupki czy gumę to zwyczajny pic i mydlenie oczu.
Oczywiście zrobią wiele, by biedna matka żyła w błogiej niewiedzy co do wilkołaczej natury swych młodych. I potrafią tak tą słodyczą omotać człowieka, że nawet gdy czasem się sypnie, że coś tutaj nie halo, matka z czułością patrzy na swoje potwory niczym w filmie Scotta „Alien. 8 pasażer Nostromo” gdy Ellen Ripley latała broda i mimo wszystko patrzyła na Obcego z jakąś taką ckliwością, nawet jeśli właśnie wpychała go do śluzy statku kosmicznego i za chwilkę miał się obrócić w gwiezdny plankton.
Ponieważ mam wiele dowodów na potwierdzenie teorii spiskowej o wampiryzmie istot zwanych dalej „dziećmi”, postanowiłam od czasu do czasu popełniać wpisy wprost ze strefy mroku czyli z pamiętnika Matki Polki. Tak więc do poczytania – na shledanou!
Widzę koniec pracy nad zbiorkiem
Poprawiłam wszystko, ponumerowałam strony, wyeskportowałam do pdf. Poprawiłam coś jeszcze. I jeszcze. Znowu wyesportowałam do pdf. I jeszcze coś się znalazło...
Za tzw. chwilę wyślę antologię w pdf autorkom do autoryzacji. Tylko jeszcze wrzucę do jednego pliku wszystkie Wasze maile, upewnię się, że wykorzystałam wszystkie materiały, które miałam wykorzystać, zastanowię się, co chcę Wam napisać, bo mam kilka istotnych spraw...
I jeszcze swoimi dziećmi się zajmę, bo przecież mam w domu komplecik z chorymi oskrzelami, nie wspominałam? :-)
Póki co, notka Ewy - http://eee-co-to-ja-chcialam.blog.pl/. Ewa jest bezkompromisowa i słynie z ciętego języka, kto jej nie zna, niech się nastawi psychicznie! ;-)
o ile nic nie wyskoczy jutro wyskoczę z okna
Zaprawdę powiadam – kto dzieci nigdy nie posiadał, nie wie czym jest permanentna rezygnacja.
Ja, na przykład, rezygnację opanowałam do perfekcji.
Już nie boli jak kiedyś. Już tak bardzo nie kłuje w sercu, że oni tam szusują w Dolomitach, a ja tu podaję syropek wyksztuśny, oni piją cały weekend, potem śpią do trzynastej, a ja w sumie też mogę pić, tylko kto za mnie wstanie szósta trzydzieści. Albo, że w chorobie to sobie śpią cały dzień na przykład, a przynamniej leżą. O, albo, że wydają kasę na przyjemności, a nie kolejną baterię leków.
To znaczy kłuje, ale dużo, dużo mniej. Wytłumaczyłam swojemu sercu, że takie kłucie to syzyfowe jest mocno, bo niczego nie wskóra, a tylko mnie wkurwi. A potem stary będzie tylko łaził i mendził o badaniu tarczycy.
Jestem, wyznam nieskromnie, wirtuozem pokornej rezygnacji, i kiedy umawiam się z kimś w godzinach kolorowomisiowych, zawsze załączam asekurancką klauzulę – o ile tylko nic nie wyskoczy, co dla bezdzietnego interlokutora oznacza, że raczej na dziewięćdziesiąt dziewięć wszystko odbędzie się normalnie, ja tymczasem wiem, że na jakieś maksimum pięćdziesiąt, bo jednak coś wyskakuje nader często.
I teraz wyobraźmy sobie, że biorą mnie gdzieś na regularny etat.
Siadam sobie za biureniem, czynię pierwsze klik-klik w służbową klawiaturę, a tu na wyświetlaczu Kolorowe Misie calling, że Marceli Dupeli podejrzanie ciepły/podejrzanie obesrany/z podejrzanym glutem wiszącym do połowy rajtuz w traktory.
I tak co jakieś półtora tygodnia. No, w porywach dwa. Przy kurewskim szczęściu dwa i pół.
I na ElCztery na tydzień-dwa. Właściwie więcej w chacie niż na etacie.
Który pracodawca by to zdzierżył? Chyba tylko urząd. A ja się tam nie wybieram. Swój epizod z administracją samorządową mam za sobą, i jeśli hołdować myśli, że każde doświadczenie nas jakoś wzbogaca, to muszę się nieźle napocić, by wykoncypować jak urzędowe pierdzenie w stołek i przewalanie stert papierów z jednego końca biurka na drugi, wzbogaciło moją ubogą osobę. Może tak, że opanowałam do perfekcji wachlarz grymasów sugerujących zajebanie robotą po kokardę, gdy tymczasem studiowałam przypadki dawnych koleżanek na popularnym serwisie społecznościowym. I pasłam swój ciążowy odwłok.
Jest dobrze, jak jest i pracy mam, dziękuję, ostatnio coraz więcej. I nawet fajnej pracy.
A ta rezygnacja to mój osobisty zen. Rezygnacja mnie zajebiście wycisza, sprawia, że siadam po prostu nic nie mówiąc, pokornie odstawiam aktualną robotę i gapię się tępo w zestaw Duplo pod tytułem żwirownia, a potem równie tępo uśmiecham do zasmarkanego budowniczego Marcepanka Fr. Bujam się po tafli jak ten kwiat lotosu i nic mnie nie rusza, nawet podskubujący mą łodygę mały, złośliwy karasek.
I jednak tych bratnich dusz, w osobie innych matek, jest całkiem sporo, tylko trzeba się dobrze rozejrzeć. Wczoraj na przykład zabrałam Irenkę na szczepienie.
- Odrobaczony? – pyta pani weterynarz.
- Aktualnie to nie wiem – mówię uczciwie – ale zaszczep mi gada, dobra kobieto, bo zestawu: chory kot, chory bachor i mnóstwo roboty, nie zdzierżę.
- Pierwszy rok w przedszkolu? – kobieta kiwa ze zrozumieniem znad strzykawki ze szczepionką – Wiem, znam. Można sobie, kurwa, otworzyć tętnice.
- O, to to!
I takeśmy sobie miło pogaworzyły. I taka się poczułam zrozumiana.
Człowiek niby pójdzie zaszczepić kota, a jeszcze se kozetkę czasem odpali gratis.
Za tzw. chwilę wyślę antologię w pdf autorkom do autoryzacji. Tylko jeszcze wrzucę do jednego pliku wszystkie Wasze maile, upewnię się, że wykorzystałam wszystkie materiały, które miałam wykorzystać, zastanowię się, co chcę Wam napisać, bo mam kilka istotnych spraw...
I jeszcze swoimi dziećmi się zajmę, bo przecież mam w domu komplecik z chorymi oskrzelami, nie wspominałam? :-)
Póki co, notka Ewy - http://eee-co-to-ja-chcialam.blog.pl/. Ewa jest bezkompromisowa i słynie z ciętego języka, kto jej nie zna, niech się nastawi psychicznie! ;-)
o ile nic nie wyskoczy jutro wyskoczę z okna
Zaprawdę powiadam – kto dzieci nigdy nie posiadał, nie wie czym jest permanentna rezygnacja.
Ja, na przykład, rezygnację opanowałam do perfekcji.
Już nie boli jak kiedyś. Już tak bardzo nie kłuje w sercu, że oni tam szusują w Dolomitach, a ja tu podaję syropek wyksztuśny, oni piją cały weekend, potem śpią do trzynastej, a ja w sumie też mogę pić, tylko kto za mnie wstanie szósta trzydzieści. Albo, że w chorobie to sobie śpią cały dzień na przykład, a przynamniej leżą. O, albo, że wydają kasę na przyjemności, a nie kolejną baterię leków.
To znaczy kłuje, ale dużo, dużo mniej. Wytłumaczyłam swojemu sercu, że takie kłucie to syzyfowe jest mocno, bo niczego nie wskóra, a tylko mnie wkurwi. A potem stary będzie tylko łaził i mendził o badaniu tarczycy.
Jestem, wyznam nieskromnie, wirtuozem pokornej rezygnacji, i kiedy umawiam się z kimś w godzinach kolorowomisiowych, zawsze załączam asekurancką klauzulę – o ile tylko nic nie wyskoczy, co dla bezdzietnego interlokutora oznacza, że raczej na dziewięćdziesiąt dziewięć wszystko odbędzie się normalnie, ja tymczasem wiem, że na jakieś maksimum pięćdziesiąt, bo jednak coś wyskakuje nader często.
I teraz wyobraźmy sobie, że biorą mnie gdzieś na regularny etat.
Siadam sobie za biureniem, czynię pierwsze klik-klik w służbową klawiaturę, a tu na wyświetlaczu Kolorowe Misie calling, że Marceli Dupeli podejrzanie ciepły/podejrzanie obesrany/z podejrzanym glutem wiszącym do połowy rajtuz w traktory.
I tak co jakieś półtora tygodnia. No, w porywach dwa. Przy kurewskim szczęściu dwa i pół.
I na ElCztery na tydzień-dwa. Właściwie więcej w chacie niż na etacie.
Który pracodawca by to zdzierżył? Chyba tylko urząd. A ja się tam nie wybieram. Swój epizod z administracją samorządową mam za sobą, i jeśli hołdować myśli, że każde doświadczenie nas jakoś wzbogaca, to muszę się nieźle napocić, by wykoncypować jak urzędowe pierdzenie w stołek i przewalanie stert papierów z jednego końca biurka na drugi, wzbogaciło moją ubogą osobę. Może tak, że opanowałam do perfekcji wachlarz grymasów sugerujących zajebanie robotą po kokardę, gdy tymczasem studiowałam przypadki dawnych koleżanek na popularnym serwisie społecznościowym. I pasłam swój ciążowy odwłok.
Jest dobrze, jak jest i pracy mam, dziękuję, ostatnio coraz więcej. I nawet fajnej pracy.
A ta rezygnacja to mój osobisty zen. Rezygnacja mnie zajebiście wycisza, sprawia, że siadam po prostu nic nie mówiąc, pokornie odstawiam aktualną robotę i gapię się tępo w zestaw Duplo pod tytułem żwirownia, a potem równie tępo uśmiecham do zasmarkanego budowniczego Marcepanka Fr. Bujam się po tafli jak ten kwiat lotosu i nic mnie nie rusza, nawet podskubujący mą łodygę mały, złośliwy karasek.
I jednak tych bratnich dusz, w osobie innych matek, jest całkiem sporo, tylko trzeba się dobrze rozejrzeć. Wczoraj na przykład zabrałam Irenkę na szczepienie.
- Odrobaczony? – pyta pani weterynarz.
- Aktualnie to nie wiem – mówię uczciwie – ale zaszczep mi gada, dobra kobieto, bo zestawu: chory kot, chory bachor i mnóstwo roboty, nie zdzierżę.
- Pierwszy rok w przedszkolu? – kobieta kiwa ze zrozumieniem znad strzykawki ze szczepionką – Wiem, znam. Można sobie, kurwa, otworzyć tętnice.
- O, to to!
I takeśmy sobie miło pogaworzyły. I taka się poczułam zrozumiana.
Człowiek niby pójdzie zaszczepić kota, a jeszcze se kozetkę czasem odpali gratis.
Gladys zdradza tajemnicę macierzyństwa
Zasuwam jak mróweczka, do końca zostało mi już naprawdę niedużo roboty, a tymczasem poczytajcie sobie kolejną notkę - jej autorka gladys_g bloguje na idiosyncratic.blox.pl:
Wielka Nuda Macierzyństwa
W tym rzecz, że nikt Wam wcześniej tego nie powie. A nawet jak powie, to nie uwierzycie, bo wydaje się Wam, że z Wami będzie inaczej.
Zdradzę Wam wielką tajemnice macierzyństwa - jest ono, uwaga, NUDNE.
Nudne zupełnie nowym, nieznanym wcześniej wymiarem Nudy. Nie chodzi tu o czas spędzany w domu / na spacerach. Nie chodzi o to, że jak się znudzi czytanie, kiedy niemowlak śpi, to sobie można pooglądać TV. Nie.
Chodzi o to, że jak się niemowlę już obudzi, jak już zostanie przewinięte, nakarmione, przebrane, przewinięte, napojone - to ono, chociaż śliczne, słodkie, kochane, urocze i przecudowne - jest po prostu nudne. Nudne jest mówienie po raz setny AGUUU, nudne jest tysięczny raz wyliczanie 'idzie raczek'. Nudne jest noszenie w kółko po mieszkaniu. Nudne jest gadanie, nawiązywanie kontaktu, turlanie. Machanie misiem / żyrafą / szeleszczakiem. Pokazywanie po raz milionowy książeczek, zasłanianie twarzy pieluchą tetrową itd itp. Samo czytanie tego też już jest nudne, nie?
Naturalnie, nie od razu. Nie po dziesieciu minutach. Nuda wkrada się po wielu dniach. Stopniowo coraz mniej czasu poświęca się sobie i otoczeniu, coraz więcej - coraz bardziej wymagającemu dzidziusiowi. A dzidziuś, co już ustaliliśmy, w pewnym momencie okazuje się, że jest nudny. Nudna jest powtarzalność, której on potrzebuje i która go bardzo cieszy. Nudne jest wyszukiwanie nowych zabaw, które mu się spodobają na tyle, by stać się powtarzalne, a przez co - uwaga - nudne.
I ta Nuda, moi mili, to jest strasznie obciążająca. Bo nie można wyjść sobie i zająć się czymś innym. Nie można zmienić w tej Nudzie za wiele. Nie wiadomo, kiedy się dziecku znudzi i pójdzie, np. spać ;) Jest się w tej Nudzie i ona trwa.
Wiadomo tylko, albo ma się na to wielką nadzieję, że kiedyś Nuda minie i się o niej zapomni, a pamiętać się będzie wplecione w nią pierwsze obroty, pierwsze siadanie, pierwsze inne czynności. Uśmiechy i dziką radość na nasz widok. Poszukiwanie zębów w paszczy i oglądanie kotów ze szczególnym uwzględnieniem ogonów.
Obciążające jest też to, że nikt wokół tej nudy nie rozumie. Nie zrozumie jej partner, jeśli spędza z dzieckiem 15 minut dziennie - dla niego dziecko jest absolutnie fascynujące i jest to raczej 'zobacz jak on cudnie robi AGUUU' niż 'zobacz, on robi AGUUU już piątą godzinę'. Jak może matka - Matka - tak w ogóle mówić o swoim dziecku, że jest nudne?! Nie zobaczysz błysku zrozumienia w oczach babć - one już czasy swojej Wielkiej Nudy zapomniały, dla nich niemowlę to cud i najbardziej wciągająca w swoje poczynania osoba na świecie. Inne matki - one się jakoś chyba nie nudzą, nigdy przynajmniej nie dały po sobie poznać, a nawet jak się już zacznie nieśmialo temat - to raczej go unikają.
Z tą obezwładniającą Nudą człowiek jest sam. I musi ją sobie jakoś oswajać.
Np układając w głowie pomysły na wpisy na bloga. O.
Wielka Nuda Macierzyństwa
W tym rzecz, że nikt Wam wcześniej tego nie powie. A nawet jak powie, to nie uwierzycie, bo wydaje się Wam, że z Wami będzie inaczej.
Zdradzę Wam wielką tajemnice macierzyństwa - jest ono, uwaga, NUDNE.
Nudne zupełnie nowym, nieznanym wcześniej wymiarem Nudy. Nie chodzi tu o czas spędzany w domu / na spacerach. Nie chodzi o to, że jak się znudzi czytanie, kiedy niemowlak śpi, to sobie można pooglądać TV. Nie.
Chodzi o to, że jak się niemowlę już obudzi, jak już zostanie przewinięte, nakarmione, przebrane, przewinięte, napojone - to ono, chociaż śliczne, słodkie, kochane, urocze i przecudowne - jest po prostu nudne. Nudne jest mówienie po raz setny AGUUU, nudne jest tysięczny raz wyliczanie 'idzie raczek'. Nudne jest noszenie w kółko po mieszkaniu. Nudne jest gadanie, nawiązywanie kontaktu, turlanie. Machanie misiem / żyrafą / szeleszczakiem. Pokazywanie po raz milionowy książeczek, zasłanianie twarzy pieluchą tetrową itd itp. Samo czytanie tego też już jest nudne, nie?
Naturalnie, nie od razu. Nie po dziesieciu minutach. Nuda wkrada się po wielu dniach. Stopniowo coraz mniej czasu poświęca się sobie i otoczeniu, coraz więcej - coraz bardziej wymagającemu dzidziusiowi. A dzidziuś, co już ustaliliśmy, w pewnym momencie okazuje się, że jest nudny. Nudna jest powtarzalność, której on potrzebuje i która go bardzo cieszy. Nudne jest wyszukiwanie nowych zabaw, które mu się spodobają na tyle, by stać się powtarzalne, a przez co - uwaga - nudne.
I ta Nuda, moi mili, to jest strasznie obciążająca. Bo nie można wyjść sobie i zająć się czymś innym. Nie można zmienić w tej Nudzie za wiele. Nie wiadomo, kiedy się dziecku znudzi i pójdzie, np. spać ;) Jest się w tej Nudzie i ona trwa.
Wiadomo tylko, albo ma się na to wielką nadzieję, że kiedyś Nuda minie i się o niej zapomni, a pamiętać się będzie wplecione w nią pierwsze obroty, pierwsze siadanie, pierwsze inne czynności. Uśmiechy i dziką radość na nasz widok. Poszukiwanie zębów w paszczy i oglądanie kotów ze szczególnym uwzględnieniem ogonów.
Obciążające jest też to, że nikt wokół tej nudy nie rozumie. Nie zrozumie jej partner, jeśli spędza z dzieckiem 15 minut dziennie - dla niego dziecko jest absolutnie fascynujące i jest to raczej 'zobacz jak on cudnie robi AGUUU' niż 'zobacz, on robi AGUUU już piątą godzinę'. Jak może matka - Matka - tak w ogóle mówić o swoim dziecku, że jest nudne?! Nie zobaczysz błysku zrozumienia w oczach babć - one już czasy swojej Wielkiej Nudy zapomniały, dla nich niemowlę to cud i najbardziej wciągająca w swoje poczynania osoba na świecie. Inne matki - one się jakoś chyba nie nudzą, nigdy przynajmniej nie dały po sobie poznać, a nawet jak się już zacznie nieśmialo temat - to raczej go unikają.
Z tą obezwładniającą Nudą człowiek jest sam. I musi ją sobie jakoś oswajać.
Np układając w głowie pomysły na wpisy na bloga. O.
17 stycznia 2011
Piękna grafika i nowa rzecz do poczytania
Prace nad antologią są na ukończeniu! Jeszcze ostatnie poprawki i lada dzień będzie gotowa. Dostałam dziś prześliczną winietkę z logo akcji - zrobiła ją nieoceniona Beata, autorka http://zapiski-tesciowej.blog.pl. Dziękuję! Kapitalna, prawda? Będzie na okładce :-)
Tymczasem zapraszam do lektury notki kolejnej uczestniczki naszej akcji, Agnieszki, która pisze bloga http://samawtoniewierze.blogspot.com.
Mamo, ale Ty się nie denerwuj....
To było dokładnie trzy lata temu. Byliśmy już na wylocie ze starego mieszkania, wszak postanowiliśmy, że ładujemy się w ten życiowy kredyt, na dobre i na złe, że tak powiem, oczywiście z rozsądkiem i umiarem, żeby nie było :) Naturalną konsekwencją tej życiowej decyzji stało się absurdalnie życie w samochodzie, to tu, to tam, po kafle, gwoździki, packi, kontakty, baterie.. uff, no przecież nie chcecie tego czytać?
Właśnie przegryzaliśmy jakiegoś fastfooda, gdy zadzwonił Maciej:
-Mamuś tylko się nie denerwuj....
Szlag by to trafił, serce zaczęło mi walić jak zwariowane, my daleko, on sam w domu....
-Bo ja robiłem sobie frytki...
No żesz kurcze, on poparzony, pewnie w szpitalu, mieszkanie spalone, a już sprzedane, kutwa, kutwa....
-Synku co się stało??!!
-Bo ja robiłem sobie frytki..-( te mroczki przed oczami, to normalne?)- i zapomniałem, że wstawiłem olej i dopiero jak dym poczułem- (o Jezusie, Maryśku!)- taki czarny, to chciałem zgasić!I wstawiłem pod wodę, ale zrobiło się jeszcze gorzej -(dobrze, że siedzę)- i wyjąłem ten garnek ze zlewu, postawiłem na pralce i ta pokrywa się wygięła- (pogotowie, proszę pogotowie)- no to wstawiłem do lodówki i ta półka pękła!!!!!
Matko Boska, wszyscy Święci!!!
-Już do Ciebie pędzimy, coś Ci się stało? Co z mieszkaniem?
-Nic mi się nie stało, tylko od tego dymu kaszlałem....
Bilans-pokrywa pralki roztopiona, półka w lodówce kupiona dopiero dobry rok później, po wielu trudach, Maciej na szczęście nie poparzony przez ten pryskający pod wodą olej, a ściany ok!
No! To pozdrawiam rodziców nastolatków :D
I kocham Cię synu, za wszystko, za to też, będę miała co wnukom opowiadać!!!
Tymczasem zapraszam do lektury notki kolejnej uczestniczki naszej akcji, Agnieszki, która pisze bloga http://samawtoniewierze.blogspot.com.
Mamo, ale Ty się nie denerwuj....
To było dokładnie trzy lata temu. Byliśmy już na wylocie ze starego mieszkania, wszak postanowiliśmy, że ładujemy się w ten życiowy kredyt, na dobre i na złe, że tak powiem, oczywiście z rozsądkiem i umiarem, żeby nie było :) Naturalną konsekwencją tej życiowej decyzji stało się absurdalnie życie w samochodzie, to tu, to tam, po kafle, gwoździki, packi, kontakty, baterie.. uff, no przecież nie chcecie tego czytać?
Właśnie przegryzaliśmy jakiegoś fastfooda, gdy zadzwonił Maciej:
-Mamuś tylko się nie denerwuj....
Szlag by to trafił, serce zaczęło mi walić jak zwariowane, my daleko, on sam w domu....
-Bo ja robiłem sobie frytki...
No żesz kurcze, on poparzony, pewnie w szpitalu, mieszkanie spalone, a już sprzedane, kutwa, kutwa....
-Synku co się stało??!!
-Bo ja robiłem sobie frytki..-( te mroczki przed oczami, to normalne?)- i zapomniałem, że wstawiłem olej i dopiero jak dym poczułem- (o Jezusie, Maryśku!)- taki czarny, to chciałem zgasić!I wstawiłem pod wodę, ale zrobiło się jeszcze gorzej -(dobrze, że siedzę)- i wyjąłem ten garnek ze zlewu, postawiłem na pralce i ta pokrywa się wygięła- (pogotowie, proszę pogotowie)- no to wstawiłem do lodówki i ta półka pękła!!!!!
Matko Boska, wszyscy Święci!!!
-Już do Ciebie pędzimy, coś Ci się stało? Co z mieszkaniem?
-Nic mi się nie stało, tylko od tego dymu kaszlałem....
Bilans-pokrywa pralki roztopiona, półka w lodówce kupiona dopiero dobry rok później, po wielu trudach, Maciej na szczęście nie poparzony przez ten pryskający pod wodą olej, a ściany ok!
No! To pozdrawiam rodziców nastolatków :D
I kocham Cię synu, za wszystko, za to też, będę miała co wnukom opowiadać!!!
15 stycznia 2011
Po niemiecku i po angielsku
Jak może zauważyliście, po prawej stronie mamy zakładkę "Macierzyństwo..." po po niemiecku i angielsku. Dzięki Monice i Gosi powstały obcojęzyczne wersje Apelu rodziców, po niemiecku mamy także informacje o projekcie, a w miarę możliwosci i czasu naszych tłumaczek będą się pojawiać także pozostałe notki. I - jeśli dziewczyny zechcą - nasza antologia będzie przynajmniej częsciowo przetłumaczona na język Goethego i Szekspira :-)
Gosia pisze: "Mam prośbę, gdyż jestem początkująca w tej materii, by to gdzieś zaznaczyć, bo obawiam się uzasadnionej może krytyki od czytających wytrawnych tłumaczy (konstruktywną krytykę chętnie przyjmę i pokornie się poprawię). "
Gosia pisze: "Mam prośbę, gdyż jestem początkująca w tej materii, by to gdzieś zaznaczyć, bo obawiam się uzasadnionej może krytyki od czytających wytrawnych tłumaczy (konstruktywną krytykę chętnie przyjmę i pokornie się poprawię). "
Na zachętę
Jak dobrze pójdzie, to najdalej we wtorek zbiorek będzie gotowy :-) Trzymajcie kciuki!
Na weekend zostawiam Was z kolejną notką do poczytania. Tym razem autorstwa kociubińskiej, aktualnie piszącej na http://rudafarbowana.blox.pl/ i www.dwiechochelki.pl.
Miłej lektury - i bądźcie z nami!
Nowy Rok, nowe leki, czyli jak podawać antybiotyk
W Nowym Roku rozpoczęliśmy zupełnie nowe leki, Szymon poszedł do przedszkola na cały jeden dzień, a Jagoda wyprodukowała w tym czasie gorączkę oraz inne spektakularne objawy, które zaowocowały kuracją antybiotykową.
Nowe leki, nowe wyzwania.
Jagoda już od dawna patrzyła nieprzychylnie na podawane jej syropy, ale była wówczas w wieku, który umożliwiał chwycenie jej oburącz, unieruchomienie i (przy użyciu mojej standardowej trzeciej ręki, która wyrasta każdej matce) wlanie leku do gardła. Nie do końca wiedziała też o co chodzi z wypluwaniem zawartości jamy ustnej, więc zazwyczaj wychodziłam z potyczki zwycięsko.
Potem jej podejście do leków ewoluowało, aż nadszedł czas by za przykładem brata stać się wzorową lekomanką.
– Wapno! – krzyczy radośnie i biegnie w stronę kuchni, gdzie na niedostępnych dla dzieci wysokościach znajdują się fiolki i flaszeczki.
Do tego doszła także możliwość przekupstwa i za pół kostki czekolady zgadza się nawet na wpuszczenie kropli do oczu. Niechętnie co prawda, ale dajemy radę.
Wiedząc to wszystko spokojnie odmierzyłam pięć mililitrów antybiotyku, podczas gdy córka stała u moich nóg radośnie pokrzykując
– Klacid! Dla mnie! Dla mnie!
Pierwsze dwa i pół mililitra połknęła z zaskoczenia. Skrzywiła się i cofnęła patrząc na mnie z wyrzutem.
- Chodź Jagódko, jeszcze jeden łyczek syropu – powiedziałam.
Podeszła niepewnie, a ja jakimś cudem skłoniłam ją do nadstawienia ust.
- Pffffff – cała okolica pokryła się białymi klejącymi kropkami. Wszak plucie moja córka ćwiczy całkiem często.
Co gorsza tak jej nie smakowało, że nie skusiła jej ani czekolada, ani lizak, ani nawet guma rozpuszczalna! A obietnicy tego ostatniego używam roztropnie, bo zrobi za nią wszystko. A raczej: robiła wszystko.
Co zrobić? Zwykłe mieszanie z jedzeniem nie wchodziło w grę, bo Jagoda podczas choroby odżywia się powietrzem, więc nie ma mowy, by zjadła taką ilość pokarmu, która porządnie przesłoni smak antybiotyku.
Ostateczna metoda, która chwilowo działa (nie mam złudzeń co do mojego dziecka) wygląda następująco:
1. Kupuję miniaturowy serek znanej firmy, który ze względu na skazę białkową jak dotąd omijałam szerokim łukiem. Im słodszy i bardziej (z mojego punktu widzenia) ohydny, tym lepiej.
2. Odmierzam strzykawką pięć mililitrów Klacidu. Nie afiszuję się z tym.
3. Nabieram serek na końcówkę łyżeczki. Przeprowadzam próbę smakową na Jagodzie. Potem kontrola.
- Masz ochotę na jeszcze?
- Tak!
Próba wypadła pozytywnie.
3. Przechodzę do części zasadniczej. Ponownie nabieram serek na końcówkę łyżeczki. Końcem strzykawki z lekiem rozprowadzam serek po obrzeżach łyżeczki, w do środka wlewam 1 mililitr antybiotyku. Niezwykle istotny jest tu sposób rozmieszczenia substancji, lek musi być otoczony ze wszystkich stron serkiem i w żadnym wypadku nie dominować na łyżeczce.
4. Zachęcam córkę do szerokiego otwarcia ust, ale uprzedzam ją przy tym, że teraz będzie wersja z Klacidem.
5. Używam całej mojej siły przekonywania by nie dopuścić do wyplucia mieszanki.
6. Wyrażam szaleńczy zachwyt wyczynem córki wszelkimi dostępnymi środkami wyrazu.
7. Powtarzam kroki 3-6 aż do wyczerpania leku (dla zachęty podaję czasem wersję bez lekarstwa).
8. Padam wyczerpana długotrwałym stresem.
Na weekend zostawiam Was z kolejną notką do poczytania. Tym razem autorstwa kociubińskiej, aktualnie piszącej na http://rudafarbowana.blox.pl/ i www.dwiechochelki.pl.
Miłej lektury - i bądźcie z nami!
Nowy Rok, nowe leki, czyli jak podawać antybiotyk
W Nowym Roku rozpoczęliśmy zupełnie nowe leki, Szymon poszedł do przedszkola na cały jeden dzień, a Jagoda wyprodukowała w tym czasie gorączkę oraz inne spektakularne objawy, które zaowocowały kuracją antybiotykową.
Nowe leki, nowe wyzwania.
Jagoda już od dawna patrzyła nieprzychylnie na podawane jej syropy, ale była wówczas w wieku, który umożliwiał chwycenie jej oburącz, unieruchomienie i (przy użyciu mojej standardowej trzeciej ręki, która wyrasta każdej matce) wlanie leku do gardła. Nie do końca wiedziała też o co chodzi z wypluwaniem zawartości jamy ustnej, więc zazwyczaj wychodziłam z potyczki zwycięsko.
Potem jej podejście do leków ewoluowało, aż nadszedł czas by za przykładem brata stać się wzorową lekomanką.
– Wapno! – krzyczy radośnie i biegnie w stronę kuchni, gdzie na niedostępnych dla dzieci wysokościach znajdują się fiolki i flaszeczki.
Do tego doszła także możliwość przekupstwa i za pół kostki czekolady zgadza się nawet na wpuszczenie kropli do oczu. Niechętnie co prawda, ale dajemy radę.
Wiedząc to wszystko spokojnie odmierzyłam pięć mililitrów antybiotyku, podczas gdy córka stała u moich nóg radośnie pokrzykując
– Klacid! Dla mnie! Dla mnie!
Pierwsze dwa i pół mililitra połknęła z zaskoczenia. Skrzywiła się i cofnęła patrząc na mnie z wyrzutem.
- Chodź Jagódko, jeszcze jeden łyczek syropu – powiedziałam.
Podeszła niepewnie, a ja jakimś cudem skłoniłam ją do nadstawienia ust.
- Pffffff – cała okolica pokryła się białymi klejącymi kropkami. Wszak plucie moja córka ćwiczy całkiem często.
Co gorsza tak jej nie smakowało, że nie skusiła jej ani czekolada, ani lizak, ani nawet guma rozpuszczalna! A obietnicy tego ostatniego używam roztropnie, bo zrobi za nią wszystko. A raczej: robiła wszystko.
Co zrobić? Zwykłe mieszanie z jedzeniem nie wchodziło w grę, bo Jagoda podczas choroby odżywia się powietrzem, więc nie ma mowy, by zjadła taką ilość pokarmu, która porządnie przesłoni smak antybiotyku.
Ostateczna metoda, która chwilowo działa (nie mam złudzeń co do mojego dziecka) wygląda następująco:
1. Kupuję miniaturowy serek znanej firmy, który ze względu na skazę białkową jak dotąd omijałam szerokim łukiem. Im słodszy i bardziej (z mojego punktu widzenia) ohydny, tym lepiej.
2. Odmierzam strzykawką pięć mililitrów Klacidu. Nie afiszuję się z tym.
3. Nabieram serek na końcówkę łyżeczki. Przeprowadzam próbę smakową na Jagodzie. Potem kontrola.
- Masz ochotę na jeszcze?
- Tak!
Próba wypadła pozytywnie.
3. Przechodzę do części zasadniczej. Ponownie nabieram serek na końcówkę łyżeczki. Końcem strzykawki z lekiem rozprowadzam serek po obrzeżach łyżeczki, w do środka wlewam 1 mililitr antybiotyku. Niezwykle istotny jest tu sposób rozmieszczenia substancji, lek musi być otoczony ze wszystkich stron serkiem i w żadnym wypadku nie dominować na łyżeczce.
4. Zachęcam córkę do szerokiego otwarcia ust, ale uprzedzam ją przy tym, że teraz będzie wersja z Klacidem.
5. Używam całej mojej siły przekonywania by nie dopuścić do wyplucia mieszanki.
6. Wyrażam szaleńczy zachwyt wyczynem córki wszelkimi dostępnymi środkami wyrazu.
7. Powtarzam kroki 3-6 aż do wyczerpania leku (dla zachęty podaję czasem wersję bez lekarstwa).
8. Padam wyczerpana długotrwałym stresem.
13 stycznia 2011
Przedsmak tego, co będzie w naszej antologii
Kochani, zbiorek pięknie się rozrasta, bardzo dziękuję za wszystkie nadsyłane teksty, ale nie mogę już przyjmować nowych, bo zrobi się nam Biblia :-) Jestem Wam bardzo wdzięczna, ale ledwie nadążam z czytaniem! :-)
Oczywiście czekam na teksty zamówione.
Nie wszystkie teksty znajdą się w zbiorku, tym bardziej, że często nadsyłacie po kilka notek. Chciałabym jednak pokazać wszystkie, bo są tego warte, zatem pozwolę sobie (za zgodą autorów) publikować je na tym blogu.
Na początek przedstawiam notkę nadesłaną przez Sebastiana – bardzo się cieszę, że nie zraził się macierzyństwem w tytule i zapragnął przyłączyć się do akcji na rzecz Mikołajka. Notka pochodzi z bloga http://ojcieckarmiacy.blox.pl/html.
Życie zwyczajne
Znów ojciec usłyszał opinię, że zdaniem bliżej nieokreślonych psychologów, pedagogika Montessori nie jest dobra dla dzieci ze Spektrum A, bo kładzie za duży nacisk na pracę własną. Ręce opadają. Jakiś czas temu ojcu chciałoby się zawyć, ale już mu się nie chce. W pracy z King Kongiem, nie tak długiej zresztą, ojciec zdołał stworzyć sobie nowe połączenia nerwowe w mózgu i wypracować większą elastyczność i otwartość, a to implikuje również i to, że nie widzi się sensu ośmieszania kompletnych absurdów. To tak trochę jak wziąć strzelbę i iść na polowanie do ZOO. Chcą, niech sobie mówią, kto im uwierzy jego sprawa. Ojciec ma do opowiedzenia nieco inną historię i dziś jej fragment.
W dniu zaćmienia słońca wracamy z przedszkola, wypadło nam SI, więc ojciec rozważa jakiś spacer, albo chociaż zakupy... King Kong ma nosa do dyrektywności jak mało kto i postanawia natychmiast postawić tamę – zasypia tuż przed przystankiem, na którym musimy wysiąść. Ojcu przebiega myśl o młodocianym drobiu, ale szybko zbiera się w sobie, zarzuca śpiącego King Konga na ramię i rzuca w próżnię: „Śpisz?”. Jak powszechnie wiadomo to jedyne pytanie, na które nie może usłyszeć prawdziwej odpowiedzi twierdzącej, więc odpowiedzi brak. Jest zima, chodniki odśnieżone tak sobie, King Kong grubo ubrany i zdaje się, że z dnia na dzień cięższy. Ojciec już po chwili czuje sny King Konga w krzyżu... trzeba będzie zainwestować w jakiś cudowny sprzęt ze sklepu telewizyjnego, ale tymczasem warto obudzić King Konga, więc ojciec zaczyna śpiewać sobie... Na refrenie King Kong się budzi. Jeszcze chwilę idziemy, ale ojciec z coraz większym trudem, więc pada nieuniknione: „Pójdziesz na nóżkach?”, na co King Kong się krzywi i odpowiada: „Ale ciężko.” „Właśnie” - myśli ojciec i marzy o wannie z gorącą wodą - „Słuchajcie towarzyszu” - odzywa się ojciec - „Nam też jest ciężko, więc umawiamy się, że doniosę Was do najbliższych świateł, a dalej idziecie sami, na swoich nogach.” King Kong protestuje, ale decyzja zapadła. Już po chwili staje na nogach i wbrew swej legendarnej dzielności zaczyna płakać. Ojciec spowalnia ruchy, wycisza się, płacz staje się cichszy i choć nie ustaje, to nie ma awantury. Idziemy powoli, a King Kong co chwila twierdzi, że on nigdzie nie chce iść. Można by go zostawić na mrozie, ale każda filozofia musi mieć jakieś granice, nawet światła niedyrektywność. Więc idziemy dalej. Tuż pod domem bunt King Konga wzrasta. Ojciec nie reaguje. Wchodzimy do budynku i ojciec wymienia „Dzień dobry” z sąsiadką, która szczęśliwie nie zwraca większej uwagi na fochy King Konga. Nie ma audytorium, nie ma koncertu, King Kong pochlipuje jakby mniej i na odchodnym odwraca się do sąsiadki: „Dzień dobry” - mówi pociągając nosem.
King Kong się zmienia, nawet stary ojciec to widzi, choć wzrok ojca coraz słabszy i coraz bardziej się ojciec musi wpatrywać. Tylko, że King Konga, choć niewielki, czasem trudno przegapić. Na SI ostatnio Pani terapeutka posadziła King Konga na huśtawce i poprosiła aby położył się na brzuchu. King Kong już miał spełnić prośbę kiedy spojrzał przez ramię i ocenił wysokość, na której się znajdował. „O kurna, ale wysoko!” - powiedział.
Z przedszkola do domu King Kong przynosi coraz różniejsze rzeczy. Rysunki, wycinanki, farbowaną sól w słoikach i nowe umiejętności. Ostatnio zmieniło się jego zachowanie przy stole. Jadł zupę z makaronem i w pewnym momencie zauważył, że trudno mu jej nabrać na łyżkę, bo jest mało w miseczce. „Kiedy trudno nabrać, to trzeba przechylić talerzyk” - powiedział, a potem przechylił i spokojnie nabrał zupy na łyżkę. Jadł jeszcze chwilę i wreszcie obwieścił: „Kiedy talerz jest pusty trzeba zanieść do kuchni” - wziął talerz w obie dłonie i już miał wstać gdy zauważył odrobinę zupy na dnie - „Jest pełny” - powiedział z filozoficzną zadumą i chwilę tak trwał nie bardzo wiedząc co zrobić, wreszcie przytknął brzeg talerza do ust i wypił ostatni łyk zupy. Może to nie są maniery salonowe, ale nie wszystko na raz.
Tuż przed snem King Kong zarządził, że będzie grał na cymbałkach. Potem poprosił o kartkę papieru, by napisać piosenkę pod tytułem: „Z myślą o Was”. Coś tam rysował i gryzmolił, czyli notował i wreszcie skończył. Popukał w pałeczką w cymbałki i zaintonował swój utwór, czyli śpiewał wers „Z myślą o Was” na melodię „Panie Janie, Panie Janie”. Ojcu natychmiast stanęło przed oczyma jak King Kong poproszony w święta o zaśpiewanie kolędy zaintonował: „Nie długa to piosenka, nie krótka – zaśpiewaj kolędę jeszcze raz”. Widać, że chłopak kombinuje i sprawia mu to radość. Fajnie, może kiedyś pojawi się u niego rozmarzenie słowem.
W całej tej radosnej codzienności dnia powszedniego pojawiają się momenty trudne dla ojca. Takie, w których serce ojca staje, a ojciec (który jak wiadomo jest prawdziwym twardzielem, nie mającym współczucia i nie znającym łez) staje na granicy rzewności, z gulą w gardle i zmokłym oczodołem. Ostatnio, kiedy ojciec odbierał King Konga z przedszkola, dziecko powiedziało: „Jak zostawiłeś mnie w przedszkolu, to czekałem cały dzień aż przyjdziesz”. Ojcu zakręciło się w głowie, musiał wziąć głębszy oddech i wreszcie udało mu się wydobyć z siebie głos. „Synku” - powiedział ojciec nie bardzo mając kontrolę nad tym co mówi - „Ja nie zostawiam Cię w przedszkolu żeby z Tobą nie być, tylko przychodzimy tu po to żebyś mógł się fajnie bawić z dziećmi”.
12 stycznia 2011
Bez lukru po angielsku!
Napisała do mnie Małgosia, która chciałaby przetłumaczyć naszą inicjatywę na angielski :-) Bardzo dziękuję, Kochana!
Poprosiłam Małgosię i Monikę, by zaczęły od przekładu tej strony, by była dostępna dla naszych i Waszych zagranicznych znajomych.
Poprosiłam Małgosię i Monikę, by zaczęły od przekładu tej strony, by była dostępna dla naszych i Waszych zagranicznych znajomych.
Bez lukru po niemiecku? :-)
Akcja się rozkręca. Dostałam dziś maila takiej treści:
"Bardzo chciałabym pomóc Mikołajkowi, ale ani matką nie jestem, ani bloga nie piszę – więc wpadłam na inny pomysł. Nawiasem pisząc wpadłam na ten pomysł parę minut po czwartej rano i już nie mogłam zasnąć.
Do rzeczy: pomysł z zebraniem do kupy paru notek uważam za fantastyczny, więc czemu nie iść z tym dalej w świat i pokazać, jak Polki spostrzegają macierzyństwo? Jestem tłumaczką (taką dorywczą, na co dzień bardziej uczę niż tłumaczę) z i na j. niemiecki, więc proponuję Wam tłumaczenie tego zbiorku, a nuż ktoś niemieckojęzyczny zechce wesprzeć akcję? Można też przetłumaczyć stronę internetową… A może znajdzie się szaleniec, który i na angielski to machnie?
Co o tym myślisz? Przyniesie to jakąś korzyść Mikołajkowi?
Pozdrawiam. Monika"
Odjazd, nie? :-)
Oczywiście musze zapytać o zgodę na tłumaczenie wszystkie autorki, ale pomysł jest nieziemski! Bardzo dziękuję Moniko!
"Bardzo chciałabym pomóc Mikołajkowi, ale ani matką nie jestem, ani bloga nie piszę – więc wpadłam na inny pomysł. Nawiasem pisząc wpadłam na ten pomysł parę minut po czwartej rano i już nie mogłam zasnąć.
Do rzeczy: pomysł z zebraniem do kupy paru notek uważam za fantastyczny, więc czemu nie iść z tym dalej w świat i pokazać, jak Polki spostrzegają macierzyństwo? Jestem tłumaczką (taką dorywczą, na co dzień bardziej uczę niż tłumaczę) z i na j. niemiecki, więc proponuję Wam tłumaczenie tego zbiorku, a nuż ktoś niemieckojęzyczny zechce wesprzeć akcję? Można też przetłumaczyć stronę internetową… A może znajdzie się szaleniec, który i na angielski to machnie?
Co o tym myślisz? Przyniesie to jakąś korzyść Mikołajkowi?
Pozdrawiam. Monika"
Odjazd, nie? :-)
Oczywiście musze zapytać o zgodę na tłumaczenie wszystkie autorki, ale pomysł jest nieziemski! Bardzo dziękuję Moniko!
11 stycznia 2011
Co to jest i dlaczego?
"Macierzyństwo bez lukru" to projekt, w którym uczestniczą popularne blogerki-matki. Wszystkie o tym piszemy na różne sposoby: że bywa tak ciężko, aż chce się wyć, że dzieci chorują, że dają w kość, opisujemy nasze wahania i wybory, rozdarcie między chęcią samorealizacji a potrzebą bycia z dziećmi, a jednocześnie jesteśmy przecież szczęśliwe i nie wyobrażamy sobie życia bez nich. Mamy małe i większe dzieci, co daje szeroki ogląd macierzyństwa z różnych jego stron.
Zaproszone dziewczyny wybierają notkę (notki) ze swojego bloga, powstaje z nich zbiór w pdf.
W ten sposób chcemy pomóc małemu Mikołajowi, która ma kilka miesięcy i jest ciężko chory na rdzeniowy zanik mięśni typu I. Chłopczyk przebywa na OIOMie Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach. Żeby wyjść do domu, potrzebuje specjalistycznej aparatury, wartej 100 tys. zł. Więcej o Mikołajku na jego blogu.
Sprawa jest pilna. Cytując artykuł Moniki Gibes w pozytywy.com:
"Lekarze są zgodni - w szpitalu Mikołajek jest bardziej narażony na infekcje, które mogą go przedwcześnie zabić. W domu byłby bezpieczniejszy. W domu mógłby również być rehabilitowany, co może znacznie wpłynąć na wydłużenie jego życia. Mówiąc wprost - od tego, czy powróci do domu, może zależeć nie tylko jakość, ale i długość jego życia."
Chcemy pomóc Mikołajkowi i gorąco zachęcamy Was do tego samego. Antologia jest już dostępna - wszelkie informacje tutaj.
Cały dochód ze sprzedaży "Macierzyństwa bez lukru" jest przeznaczony dla Mikołajka.
Apel Mamy i Taty Mikołaja
Jesteśmy rodzicami Mikołaja, który choruje na SMA I (rdzeniowy zanik mięśni).
Tuż po diagnozie zostaliśmy pozostawieni sami sobie, od lekarza usłyszeliśmy: „proszę skierować się do hospicjum bo będzie coraz gorzej”.
Na Oddziale Intensywnej Terapii w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach. Mikołaj przeszedł zabiegi: założenia PEG (Przezskórna Endoskopowa Gastrostomia), przez który otrzymuje pokarm oraz tracheotomii, ponieważ wymaga stałego wsparcia oddechu przez respirator.
Mikuś został zakwalifikowany do domowej wentylacji, wymaga to ogromnych nakładów finansowych na zakup wszystkich niezbędnych do życia urządzeń. Mikuś wymaga również rehabilitacji, której koszty są bardzo wysokie gdyż NFZ nie refunduje rehabilitacji dzieci chorych na SMA. Rehabilitacja jest niezbędna, gdyż może spowolnić postęp choroby a tym samym przedłużyć życie Mikusia.
Zwracamy się do Państwa z prośbą o pomoc finansową na zakup niezbędnych urządzeń oraz opłacenie koniecznej rehabilitacji lub przekazanie któregokolwiek urządzenia wymienionego w poniższym wykazie, co spowoduje, że życie tego dzielnego chłopczyka będzie łatwiejsze i dłuższe (poniżej podajemy listę niezbędnych wydatków).
Fundacja Dzieciom "Zdążyć z Pomocą"
ul. Łomiańska 5, 01-685 Warszawa
41 1240 1037 1111 0010 1321 9362
Bank PeKaO SA Oddział 1 w Warszawie
Do przelewów z zagranicy: PKOP PL PW 41 1240 1037 1111 0010 1321 9362
tytuł wpłaty: 13401 Kamiński Mikołaj-darowizna na pomoc i ochronę zdrowia
Zobowiązujemy się wszystkim osobom fizycznym i prawnym, które zdecydują się pomóc, przekazać dokładne rozliczenie i faktury jak również – jeśli takie będzie Państwa życzenie na zakupionych z Państwa pomocy urządzeniach umieścić reklamę firmy.
Prosimy również o pomoc wszystkie osoby, które mogą pomóc w skontaktowaniu nas z lekarzem pediatrą posiadającym wiedzę na temat SMA, który zgodziłby się zostać lekarzem prowadzącym Mikusia (mieszkamy w Będzinie), z rehabilitantami, z fizykoterapeutą terapii czaszkowo-krzyżowej, z neurologopedą.
Na życzenie Państwa prześlemy: orzeczenie o niepełnosprawności i diagnozę wydaną przez Zakład Genetyki. W razie jakichkolwiek pytań podajemy nr telefonu Mamy Mikusia: 667 012 664 i jej mail: nea.ania@interia.pl.
Poniżej podajemy wykaz koniecznych urządzeń i wydatków niezbędnych dla Mikusia, podane ceny są przybliżone w zależności od producentów:
1. Kapnograf - ok. 40 000 zł
2. Koflator - ok. 22 000 zł
3. Sakwa rehabilitacyjna – ok. 350 zł
4. Stół rehabilitacyjny – ok. 900 zł
5. Materac przeciwodleżynowy – ok. 1000 zł
6. Rehabilitacja 5 razy w tygodniu – miesięczny koszt ok. 2 000 zł
7. Samochód typu van przystosowany do przewozu dziecka niepełnosprawnego w wózku.
Za wszelką pomoc w imieniu swoim i Mikołaja dziękujemy.
Mama Ania i Tata Marcin
Tuż po diagnozie zostaliśmy pozostawieni sami sobie, od lekarza usłyszeliśmy: „proszę skierować się do hospicjum bo będzie coraz gorzej”.
Na Oddziale Intensywnej Terapii w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach. Mikołaj przeszedł zabiegi: założenia PEG (Przezskórna Endoskopowa Gastrostomia), przez który otrzymuje pokarm oraz tracheotomii, ponieważ wymaga stałego wsparcia oddechu przez respirator.
Mikuś został zakwalifikowany do domowej wentylacji, wymaga to ogromnych nakładów finansowych na zakup wszystkich niezbędnych do życia urządzeń. Mikuś wymaga również rehabilitacji, której koszty są bardzo wysokie gdyż NFZ nie refunduje rehabilitacji dzieci chorych na SMA. Rehabilitacja jest niezbędna, gdyż może spowolnić postęp choroby a tym samym przedłużyć życie Mikusia.
Zwracamy się do Państwa z prośbą o pomoc finansową na zakup niezbędnych urządzeń oraz opłacenie koniecznej rehabilitacji lub przekazanie któregokolwiek urządzenia wymienionego w poniższym wykazie, co spowoduje, że życie tego dzielnego chłopczyka będzie łatwiejsze i dłuższe (poniżej podajemy listę niezbędnych wydatków).
Fundacja Dzieciom "Zdążyć z Pomocą"
ul. Łomiańska 5, 01-685 Warszawa
41 1240 1037 1111 0010 1321 9362
Bank PeKaO SA Oddział 1 w Warszawie
Do przelewów z zagranicy: PKOP PL PW 41 1240 1037 1111 0010 1321 9362
tytuł wpłaty: 13401 Kamiński Mikołaj-darowizna na pomoc i ochronę zdrowia
Zobowiązujemy się wszystkim osobom fizycznym i prawnym, które zdecydują się pomóc, przekazać dokładne rozliczenie i faktury jak również – jeśli takie będzie Państwa życzenie na zakupionych z Państwa pomocy urządzeniach umieścić reklamę firmy.
Prosimy również o pomoc wszystkie osoby, które mogą pomóc w skontaktowaniu nas z lekarzem pediatrą posiadającym wiedzę na temat SMA, który zgodziłby się zostać lekarzem prowadzącym Mikusia (mieszkamy w Będzinie), z rehabilitantami, z fizykoterapeutą terapii czaszkowo-krzyżowej, z neurologopedą.
Na życzenie Państwa prześlemy: orzeczenie o niepełnosprawności i diagnozę wydaną przez Zakład Genetyki. W razie jakichkolwiek pytań podajemy nr telefonu Mamy Mikusia: 667 012 664 i jej mail: nea.ania@interia.pl.
Poniżej podajemy wykaz koniecznych urządzeń i wydatków niezbędnych dla Mikusia, podane ceny są przybliżone w zależności od producentów:
1. Kapnograf - ok. 40 000 zł
2. Koflator - ok. 22 000 zł
3. Sakwa rehabilitacyjna – ok. 350 zł
4. Stół rehabilitacyjny – ok. 900 zł
5. Materac przeciwodleżynowy – ok. 1000 zł
6. Rehabilitacja 5 razy w tygodniu – miesięczny koszt ok. 2 000 zł
7. Samochód typu van przystosowany do przewozu dziecka niepełnosprawnego w wózku.
Za wszelką pomoc w imieniu swoim i Mikołaja dziękujemy.
Mama Ania i Tata Marcin




